Ciągniki Ogrodnicze i Małe Traktory w Polsce Lat 70. XX Wieku: Charakterystyka i Kontekst

Lata 70. w Polsce Ludowej to okres intensywnej mechanizacji rolnictwa, ale także specyficznych wyzwań i ograniczeń, które wpływały na dostępność i rozwój maszyn rolniczych, w tym tych przeznaczonych do mniejszych gospodarstw, sadów czy ogrodów. Chociaż dominowały duże ciągniki polowe, polska myśl techniczna oraz rolnicza zaradność doprowadziły do powstania lub adaptacji mniejszych maszyn, które dziś stanowią cenne eksponaty historyczne.

Zdjęcie historyczne polskiego ciągnika rolniczego Ursus C-45 na polu

Krajobraz Mechanizacji Rolnictwa w PRL

Początki Polskich Ciągników: Ursus C-45

Dla wielu Ursus C-45 jest nie tylko maszyną kultową, ale i pierwszym, powojennym polskim ciągnikiem, w którego swoją duszę włożyli inżynierowie uruchamiający jego produkcję w Zakładach Mechanicznych Ursus. Ciągnik ten, choć dla niektórych jest tylko kopią Lanz Bulldoga (co z całą pewnością się zgadza), był pierwszym ciągnikiem produkowanym w Polsce wielkoseryjnie.

Pracami nad jego dokumentacją, opartą o wzór niemieckiego ciągnika rolniczego Lanz Bulldog prawdopodobnie typu HR 9 (model z 1936 r.) albo Acker model 1940-43, kierował inż. Habich w latach 1945/46. C-45 był wspaniale przystosowany do warunków pracy w powojennej Polsce. Jego zaletami były prostota konstrukcji i obsługi, co było kluczowe w czasach, gdy brakowało fachowej kadry traktorzystów i mechaników. Ciągnik ten podlegał potem kilku modyfikacjom, m.in. zmianie kształtu komina, wprowadzeniu rozruchu benzynowego oraz rozrusznika.

Rozwój Nowocześniejszych Ciągników i Wyzwania Licencyjne

Już na początku lat pięćdziesiątych, inżynier Habich, twórca Ursusa C-45, stworzył dwa ciekawe prototypy traktorów z napędem na 4 koła. Wykorzystywały one silnik i układ napędowy z radzieckiego ciągnika gąsienicowego KD-35 (później produkowanego w Polsce jako Mazur d-35 / d-40 / d-50). Ciekawostką był sposób kierowania - w jednym z prototypów przez boczne znoszenie kół, w drugim konwencjonalny układ kierowania, oba z jednakową średnicą wszystkich kół. Podobne konstrukcje pojawiły się w USA dopiero dziesięć lat później.

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych powstał również ciągnik Rola 25 z chłodzonym powietrzem dwucylindrowym silnikiem o mocy 25 KM. Równolegle w Ursusie opracowano trzy ciągniki z dwucylindrowymi silnikami chłodzonymi wodą o mocy 25 KM, oznaczone początkowo C-22, które zatwierdzono do produkcji seryjnej jako C-325 (w serii informacyjnej C-25 w 1959 roku).

W latach sześćdziesiątych pracowano nad całą serią ciągników 3 i 4-cylindrowych, jednak ich szanse zostały przekreślone przez podpisaną licencję na traktory Massey Ferguson. Ciągniki MF reprezentowały zupełnie inny poziom technologiczny, co było znaczącym krokiem „ze średniowiecza” motoryzacji. W początkowej fazie problemem był jednak system calowy, co sprawiało, że rodzimi mechanicy podchodzili do tych wyrobów nieufnie, a zdobycie części zamiennych, takich jak śruby, połączenia gwintów, kielichy filtrów czy gwinty wtryskiwaczy "na cal", było w PRL niezwykle trudne.

Massey Fergussony w większych ilościach pojawiły się dopiero w latach osiemdziesiątych, wraz z uruchomieniem w 1984 roku produkcji seryjnej MF-a typ 255 (licencja początkowo obejmowała mniejszy ciągnik MF-235). Większość użytkowników chwaliła niezawodność i jakość wykonania, zwłaszcza silników Perkins, stosowanych równolegle w ciągnikach C-360.

Polską wieś "pociągnęły" przede wszystkim Ursusy C-330 (tzw. "ciapek") i C-360 ("sześćdziesiątka") oraz radzieckie MTZ-80 (białoruśka). Te traktory zrewolucjonizowały pracę na wsi, stając się standardem w średniej wielkości gospodarstwach (ok. 30 ha) województwa pomorskiego. Były one częścią wielkiej mechanizacji rolnictwa z lat 70-tych i 80-tych, oferując niższe koszty i prostszą eksploatację w porównaniu do wcześniejszych traktorów jak C-45 czy radzieckie DT. Ciapki były wyjątkowo uniwersalne i nadawały się na przeciętne rozmiary ówczesnych gospodarstw (15-30 ha), a sześćdziesiątki, produkowane od 1976 roku, pozwalały na większe areały upraw, zaspokajając potrzeby nawet 70-hektarowego gospodarstwa.

VLOG #17 - URSUS C360 & C330 w Akcji u szwagra! Koszenie działki | ENGINE SOUND

Poszukiwanie Małych i Specjalistycznych Maszyn: Ciągniki Ogrodnicze i Sadownicze

Patrząc na portfolio producentów ciągników rolniczych dziś, widzimy modele kilkusetkonne, średniej mocy kompakty oraz mniejsze modele przeznaczone do ogrodnictwa i sadownictwa. Koncepcja budowy małego, sprytnego ciągnika ogrodniczego czy sadowniczego była znana polskim inżynierom w czasach PRL-u. Jednakże Ursus, monopolista na rynku produkcji ciągników, niechętnie przykładał się do wdrożenia mniejszego ciągnika. Wielkie sady i kombinaty ogrodnicze były państwowe, a prywatni “badylarze” nie byli interesującą klientelą. Zarówno jednym, jak i drugim, miała wystarczyć "trzydziestka" (Ursus C-330). W czasach odgórnie sterowanej partyjnie gospodarki, takie podejście było „normalnym” traktowaniem konsumenta/klienta. Z drugiej strony, zaprojektowanie od nowa małego ciągnika rolniczego i wdrożenie go do masowej produkcji wymagało sporych środków finansowych, o które w targanym od połowy lat 70. kryzysem kraju było trudno. W tym czasie Ursus był zajęty szybkim uruchomieniem produkcji licencyjnych MF-ów i spłaceniem coraz bardziej ciążących zobowiązań finansowych.

Ciągnik Jednoosiowy "Dzik": Od Leśnictwa do Ogrodnictwa

W latach 50. XX wieku, w związku z rozwojem gospodarstw leśnych, zauważono potrzebę uniwersalnego ciągnika do pracy w terenie leśnym. Zlecenie opracowania konstrukcji trafiło do Wrocławskiego Biura Konstrukcyjnego Przemysłu Maszynowego Leśnictwa. Główni projektanci, inż. Tomasz Pacyński i inż. Stanisław Goriaczko, opracowali projekt w 1957 roku, opierając się na dwusuwowym silniku spalinowym z Wytwórni Sprzętu Mechanicznego „Polmo” w Bielsku-Białej typu S-82 o mocy ok. 8 KM.

W ciągu roku seryjnej produkcji wypuszczono na rynek ponad 300 sztuk ciągników „Dzik 1”. Nowością była skrzynka biegów z trzema szybkościami do przodu (2,6; 4,1 i 14 km/h) oraz jedną wsteczną (3 km/h). Obroty wałka przekaźnika mocy były regulowane od 200 do 1000 obr./min, co pozwalało na wykorzystanie ciągnika do napędu maszyn stacyjnych, np. pił tarczowych. Rozstaw kół był regulowany w zakresie 580 - 950 mm, a prześwit podwozia wynosił 300 mm. Ciągnik był kierowany przy pomocy teleskopowej kierownicy typu motocyklowego. Ze względu na swoje przeznaczenie, „Dzik” mógł pracować w leśnictwie, sadownictwie oraz gospodarstwach rolnych, w warunkach dużo cięższych niż typowy ciągnik rolniczy. Silniki zdemontowane z „Dzików” często wykorzystywano w gospodarstwach do napędu innych maszyn, dlatego niewiele z tych pojazdów zachowało się do dziś w stanie użytkowym.

Zdjęcie historyczne ciągnika jednoosiowego Dzik 1 lub Dzik 2 w lesie

Wkrótce po wprowadzeniu „Dzika 1”, wstrzymano jego produkcję i opracowano całkowicie zmodernizowaną wersję, oznaczoną jako „Dzik-2”, wyposażoną w silnik WSM typ S-261C (8,5 KM), o prostszej i bardziej ekonomicznej budowie. Produkcja tej wersji rozpoczęła się w 1960 roku. Na przełomie lat 60. i 70. wprowadzono na rynek wersję „Dzik-21”, wyposażoną w silnik typu 160.03 o mocy 11 KM. Około roku 1980 wyprodukowano ostatnią serię ciągników „Dzik-21”. Produkcją zajęła się wówczas Wytwórnia Urządzeń Komunalnych „WUKO” w Stąporkowie. Zamiast oryginalnej, charakterystycznej maski z jednym centralnym reflektorem, w „Dzik-21” wykorzystano odpowiednio dopasowaną maskę stosowaną w ciągnikach Ursus C-330, posiadającą dwa boczne reflektory. Taka maska niekorzystnie wpłynęła na gabaryty ciągnika i łatwość omijania przeszkód, zwłaszcza przy pracy w sadzie. Ciągnik dostępny był z przeznaczonym do współpracy urządzeniem transportowym, rolniczym PM-5, także produkcji WUKO, pozwalającym przewieźć ładunki o masie do 1000 kg.

VLOG #17 - URSUS C360 & C330 w Akcji u szwagra! Koszenie działki | ENGINE SOUND

TUR-10D: Innowacja z WUKO na Początku Lat 80.

Choć sam projekt powstał na początku lat 80. (1983-1985), w kontekście najczarniejszego kryzysu w PRL, idea małego ciągnika ogrodniczego czy sadowniczego, jak TUR-10D, zrodziła się z potrzeb niezaspokojonych w latach 70. Za projekt zabrali się ludzie z Wytwórni Urządzeń Komunalnych WUKO, którzy na co dzień tworzyli beczkowozy asenizacyjne, piaskarki, polewaczko-zmywarki i śmieciarki. Mimo braku doświadczenia w konstruowaniu ciągników, ich wiedza i chęci okazały się wystarczające. Nazwa ciągnika, TUR, pochodziła od wymarłego 400 lat wcześniej gatunku dzikiego wołu, kojarzonego z siłą i wytrzymałością.

Konstrukcję oparto na półramie rurowej, do której w poprzecznych kołyskach zamocowano oparty na gumowych poduszkach silnik. Z tyłu rama zamontowana jest do zewnętrznej obudowy osłaniającej skrzynię biegów. TUR-10D napędza wysokoprężny, jednocylindrowy 4-suwowy chłodzony powietrzem silnik Andoria 1CA90/R1 o pojemności 573 cm³ i mocy 10 KM. Przekazuje on moc do skrzyni biegów o 3 przełożeniach do przodu i biegu wstecznym. Ciągnik posiadał też pełną instalację elektryczną i silnik można było uruchomić za pomocą rozrusznika. Poza tylnym sterowanym hydraulicznie TUZ-em (Trzypunktowy Układ Zawieszenia), ciągnik wyposażony był w górny zaczep transportowy, dolny rolniczy hitch, belkę narzędziową oraz wałek odbioru mocy (WOM).

TUR-10D wyglądał jak młodszy brat Ursusa C-330, co potęgowało wykorzystanie z trzydziestki maski, którą jednak tutaj przycięto i dospawano pod kątem, tworząc tym samym coś na wzór deski rozdzielczej. Ten mały 10-konny ciągnik był przeznaczony do sadów, ogrodów oraz lekkiego transportu. Jego szerokość wynosiła ledwie 120 cm, więc zmieścił się także w szklarniach czy tunelach foliowych. Wysoki na 138 cm i długi na zaledwie 255 cm, był niezwykle zwrotny nawet w ciasnych pomieszczeniach. Tę niewątpliwie ciekawą konstrukcję produkowano w zakładach WUKO w Stąporkowie, co jest przykładem polskiej myśli technicznej i dowodem na to, że wspaniałe konstrukcje maszyn nie muszą być zawsze związane z wielkimi fabrykami.

Zdjęcie ciągnika TUR-10D z różnych perspektyw, w tym widok na miejsce kierowcy i silnik

Alternatywy i Samodziałowe Rozwiązania

Władimirec T25: Mały Traktor Rolniczy z ZSRR

Władimirec T25 to ciągnik produkowany w Związku Radzieckim (a następnie w Rosji) nieprzerwanie od 1972 do 1995 roku. Charakteryzuje się stosunkowo małymi wymiarami, dzięki czemu idealnie nadaje się do lekkich prac w gospodarstwach rolnych. Niestety, w Polsce nie zdobył on dużej popularności, choć nadal znajdziemy gospodarzy, którzy chętnie z niego korzystają. Osoby posiadające Władimirca w okresie PRL-u narzekały na bardzo słaby dostęp do części zamiennych. Dziś ten problem praktycznie nie istnieje.

Rosyjski ciągnik Władimirec T25 jest dość mały i lekki (2100 kg z kabiną i płynami), ale wykonany z wytrzymałych stopów metali. Inżynierowie zastosowali przednią oś o okrągłym przekroju, umożliwiającą zmianę rozstawu i prześwitu kół w trzech położeniach. Ciągnik standardowo wyposażony był w szczelną kabinę, choć dostępne były również wersje T25A2 z daszkiem brezentowym oraz T25A3 z kabiną niepełną. Władimirec T25 został wyposażony w silnik wysokoprężny z bezpośrednim wtryskiem paliwa o pojemności 2077 cm³, generujący ok. 30 koni mechanicznych przy 1800 obrotach na minutę. Jest to moc w zupełności wystarczająca dla jego przeznaczenia - lekkich prac polowych. Silnik wyróżnia się również bardzo niskim spalaniem i tanimi częściami zamiennymi.

"Łunochody": Polski Duch Wynalazczości

W obliczu niedostatku fabrycznych, specjalistycznych maszyn, polska wieś w czasach PRL-u wykazała się niezwykłą zaradnością, tworząc tzw. "Łunochody" - ciągniki własnej roboty. Z szacunku dla radzieckiej techniki nazywano je tak powszechnie. Zazwyczaj do ich produkcji stosowano silniki diesla z fabryki w Andrychowie, pierwotnie przeznaczone do napędzania pomp wodnych. Te silniki, bez jakichkolwiek elementów elektrycznych, były niezawodne i nie stwarzały problemów z częściami zamiennymi. Drugim kluczowym elementem "Łunochoda" był dyferencjał i fragment osi z Żuka. Większość tych konstrukcji działa do dzisiaj. Zdarzały się też ambitniejsze konstrukcje, często na podwoziu z terenowego samochodu UAZ. Wielu rolników-konstruktorów, takich jak pewien wynalazca-samouk spod Bielska-Białej, potrafiło stworzyć dziesiątki takich maszyn, często przewyższających oryginalne rozwiązania (np. "najszybszy Łunochod na świecie" z podwoziem UAZ-a i silnikiem Mercedesa).

Zdjęcie ciągnika

Kontekst Ekonomiczny i Polityka Rolna w Latach 70.

Końcówka lat 60. była wyjątkowo niekorzystna dla polskiej wsi, borykającej się z trudnymi warunkami pogodowymi i niską produkcją rolną. Edward Gierek, który objął władzę, prezentował zupełnie inne podejście do rolnictwa, twierdząc, że „Gospodarka żywnościowa jest sprawą całego narodu”. Chciano uniknąć kolejnych niepokojów społecznych, stąd zmieniono optykę patrzenia na wieś. Zniesiono obowiązkowe dostawy, uruchomiono wysokie kredyty na rozwój budownictwa wiejskiego, a początek lat 70. to czas intensywnej mechanizacji prac polowych. W 1970 roku wyprodukowano ponad 30 tysięcy ciągników rolniczych marki Ursus, jednak ilość nie szła w parze z jakością - traktory nie mogły poszczycić się wysoką wydajnością.

Mimo inwestycji, nie zlikwidowano negatywnego zjawiska faworyzowania gospodarstw państwowych (PGR-ów) i spółdzielni. PGR-y, choć mniej wydajne niż gospodarstwa indywidualne, nie miały kłopotu z dostępem do maszyn, np. ciągników Massey Ferguson, które były poza zasięgiem przeciętnego rolnika. Władze lokalne zrywały umowy dzierżawy ziemi z rolnikami indywidualnymi, a przepisy były na tyle absurdalne, że prościej było daną maszynę zezłomować, niż sprzedać ją właścicielom gospodarstw indywidualnych. Często złomowano sprzęt, taki jak K-25 czy DT-54, zamiast umożliwić jego sprzedaż.

Dyskryminacja gospodarstw indywidualnych była niezmienna w latach 70., mimo że były one zdecydowanie wydajniejsze niż państwowe molochy. W porównaniu do PGR-ów, gospodarstwa indywidualne dysponowały 4-krotnie gorszym wyposażeniem technicznym i 3-krotnie mniejszą ilością nawozów sztucznych, a mimo to generowały w 1975 roku 27 tys. zł produkcji czystej na jednego zatrudnionego, podczas gdy w PGR-ach było to 11 tys. zł.

Początek lat 70. to również pogłębienie dysproporcji pomiędzy produkcją roślinną a zwierzęcą. Komuniści, bojąc się reakcji społecznej, nie podnosili cen mięsa, jednocześnie wspierając rozwój hodowli. Rosła konsumpcja mięsa, powiązana ze wzrostem płac, co skutkowało wzrostem importu pasz i generowaniem coraz wyższych kosztów. Wzrost produkcji zwierzęcej przy zaniedbaniu roślinnej doprowadził do deficytów paszowych, które pogłębił nieurodzaj w drugiej połowie lat 70. Próba podniesienia cen mięsa w 1976 roku wywołała masowe protesty robotnicze, m.in. w Radomiu i Ursusie.

Edward Gierek jawił się jako sprawny zarządca, jednak polskie rolnictwo lat 70. jest świetnym przykładem podejmowania nieracjonalnych działań. Lokowanie większości kapitału w najmniej wydajne działy (spółdzielnie i PGR-y) oraz utrudnianie rozwoju najsprawniejszym gospodarstwom indywidualnym doprowadzało do nierównomiernego rozwoju i dodatkowych problemów gospodarczych, co zauważył Wiesław Kot w książce "PRL czas nonsensu".

Różnice w Mechanizacji: PRL vs. Zachód

Analizując realia lat 70., widać jak bardzo Polska była w tyle za krajami zachodnimi pod względem mechanizacji i siły nabywczej rolników. W 1970 roku w Polsce, przy przeciętnym wynagrodzeniu 2235 zł miesięcznie, tona pszenicy kosztowała 3500 zł. Nowy Ursus C-4011 kosztował około 95 tys. zł, co odpowiadało zarobkowi z zaledwie trzech przeciętnych lat plonów z gospodarstwa o powierzchni ok. 5,38 ha. W 1979 roku, gdy ceny C-360 przekraczały 200 tys. zł, na jego zakup potrzeba było ekwiwalentu plonu z nieco ponad 3 lat. Niestety, nierzadko drugie tyle trzeba było zapłacić w formie „upominków” lub „przysług”, aby otrzymać przydział i móc w ogóle myśleć o zakupie ciągnika.

Dla porównania, w 1970 roku w USA przeciętna roczna pensja wynosiła 9870$, a tona pszenicy 96,88$. Amerykański farmer w 1963 roku mógł kupić John Deere 3010 za 4700$, czyli zaledwie za połowę rocznego dochodu. Podobnie w Wielkiej Brytanii, w 1970 roku przeciętna pensja wynosiła 1204£, a Massey Ferguson kosztował w 1964 roku około 1626£. Pod koniec lat 70. brytyjski rolnik mógł wybrać nowiusieńkiego MF235 za 3136£, czyli za połowę wypracowanego zysku.

W Niemczech w 1970 roku przeciętna pensja wynosiła około 13,5 tys. marek, a przyzwoity ciągnik krajowej produkcji kosztował od 3600 do 8000 DM. Podobnie we Francji, rolnicy zarabiali porównywalnie do swoich odpowiedników w Anglii czy Niemczech Zachodnich, mając znacznie łatwiejszy dostęp do maszyn. Te liczby pokazują, jak bardzo Polska była zacofana w latach 60. i 70. oraz jak bardzo te różnice narastały. Niestety, można stwierdzić, że pod względem ekwiwalentu kosztu zakupu ciągnika polowy o mocy około 65-80 KM (dziś 180-230 tys. zł), polski rolnik wciąż potrzebuje odłożyć równowartość od trzech do czterech rocznych plonów, co świadczy o tym, że pod tym względem nie nastąpił znaczący postęp od lat 60. i 70.

tags: #ciagnik #ogrodniczy #z #lat #70