W Polsce rośnie liczba rolników zmagających się z poważnymi problemami prawnymi i finansowymi, często wynikającymi z niekompetencji urzędników, oszustw lub niejasnych przepisów. Historie Mariusza Maksymowicza, Dariusza Jarzemba i Wojciecha Łosia to tylko niektóre z wielu przypadków, które rzucają cień na funkcjonowanie państwa i jego instytucji w kontekście wsparcia dla sektora rolnego. Program „Państwo w Państwie” szczegółowo omawia te bulwersujące sprawy, uwypuklając absurdy systemu i dramatyczne konsekwencje dla poszkodowanych.
Cofnięta rejestracja ciągnika: Absurdalna biurokracja Mariusza Maksymowicza

Mariusz Maksymowicz (33 l.) ze wsi Średnica Pawłowięta (woj. podlaskie) od dziecka pracuje na roli. Wraz z rodzicami prowadzi 30-hektarowe gospodarstwo i hoduje 80 sztuk bydła. Jak sam mówi: „Nie jesteśmy potentatami, ale ciężką pracą daje się rodzinę utrzymać”.
Zakup i bezproblemowe użytkowanie ciągnika
W 2018 roku stary traktor rodziny Maksymowiczów dosłownie rozpadł się na pół, co zmusiło ich do szybkiego zakupu nowej maszyny, aby ratować gospodarstwo. Wybrali ciągnik Belarus, opisując go jako prostego, ale niezawodnego „woła roboczego”. Maszyna kosztowała około 200 tys. zł, co było znacznie mniej niż zachodnie odpowiedniki, takie jak Ferguson czy John Deere, za które trzeba było zapłacić nawet 700 tys. zł.
Mariusz włożył w zakup całe swoje oszczędności, w tym pieniądze ze ślubu. Rodzice również dołożyli się do zakupu. Cała transakcja była w pełni legalna - z fakturą, opłaconym cłem i rejestracją w wydziale komunikacji. Po dwóch tygodniach rolnik otrzymał dowód rejestracyjny z pieczątkami. Przez lata ciągnik sprawował się bez zarzutu. „To nawet niezły sprzęt. Może nie oferuje wielkiego komfortu, ale nie psuje się za często, a jeśli nawet coś się stanie, części kupię w każdym sklepie i sam naprawię. Remont silnika to grosze” - opowiada rolnik. Dzięki tej maszynie udało się również rozwinąć produkcję mleka w gospodarstwie, gdzie połowa krów to krowy mleczne.
Dramatyczne konsekwencje decyzji SKO
W listopadzie 2024 roku Mariusz Maksymowicz otrzymał pismo z Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Białymstoku, informujące o cofnięciu rejestracji jego Belarusa. Powód tej decyzji jest dla rolnika niezrozumiały: „To jakiś absurd! Maszyna kupiona w polskim salonie, opłacone podatki, opłaty, ubezpieczenie, wszystko zgodnie z prawem. I nagle po tylu latach ktoś stwierdził, że ciągnik jest nielegalny?”
Konsekwencje tej decyzji są dramatyczne. Mariusz nie może wyjechać na drogę publiczną, a jego pola są porozrzucane. „Właśnie trwają żniwa! Co mam teraz zrobić, wynająć sąsiadów?” - pyta zdesperowany rolnik. Sprawa ma również wymiar polityczny, ponieważ w czasie kampanii wyborczej obecny minister infrastruktury Dariusz Klimczak obiecywał abolicję i ostateczną legalizację takich maszyn, gwarantując rolnikom możliwość dalszej pracy.
Maksymowicz podkreśla, że jest to „wstyd dla państwa”. Uważa, że urzędnicy, skoro raz podjęli decyzję, powinni się jej trzymać, a ich pieczątki z orłem wyglądają, jakby były „przybijane na papierze toaletowym”. Rolnik jest zdania, że to nie on powinien płacić za niekompetencję urzędników i domaga się, aby to urzędnicy kupili poszkodowanym rolnikom nowe traktory. Przypadków takich jak jego jest w Polsce aż 7500, co rolnik określa mianem „hańby dla kraju”.
Oszustwa i brak ciągników: historia Dariusza Jarzemba
"Habakuk ze wsi Orzeżyn" - reportaż Marka Osiecimskiego
Rolnicy z województwa warmińsko-mazurskiego od ponad dwóch lat walczą o nowe ciągniki, za które zapłacili po około 150 tys. zł, ale nigdy ich nie otrzymali. Redakcja programu „Państwo w Państwie” dotarła do wielu poszkodowanych, których straty idą w setki tysięcy złotych.
Niewyjaśnione umorzenia prokuratury
Trzy lata temu Dariusz Jarzembek zdecydował się na zakup ciągnika za 150 tys. zł. Pośrednikiem była renomowana lokalna firma. Mężczyzna przelał pieniądze, a firma przekazała je producentowi. Ten z kolei przekazał homologację ciągnika. Na tej podstawie pan Dariusz wyrobił dowód i tablice rejestracyjne. Ciągnika jednak do tej pory nie zobaczył. „Czekam na jakąś sprawiedliwość” - mówi rolnik.
W sprawie innych rolników, którzy również kupowali ciągniki od tej samej firmy, śledczy także nie dopatrzyli się przestępstwa, mimo że żaden z nich nie otrzymał zakupionego ciągnika, chociaż każdy ma dowód rejestracyjny i tablice. Prokuratura umorzyła postępowania. „Pieniędzy nie ma, traktora nie ma” - skarżą się poszkodowani.
Mechanizm oszustwa i bankructwo firmy Farmer
Jak się okazało, maszyny rolników najprawdopodobniej nigdy nie zjechały z taśmy produkcyjnej, mimo że producent wystawił kupcom homologacje. Dzięki tym dokumentom rolnicy mogli zaciągnąć kredyty w bankach i przelać pieniądze. Grupa oszukanych rolników zdecydowała się na zakup nowych ciągników u jednego z dilerów - Zenona W. „Polska firma, miała rekomendacje, że bardzo dużo sprzedała tych ciągników itd. Dlatego się zdecydowałem. Mówi: na 15 lat pan dostanie na kredyt, nie ma problemu. Dzisiaj pan składa mi zamówienie, góra tydzień i ma pan ciągnik na podwórku” - relacjonują rolnicy.
Po wielu miesiącach odwlekania daty dostarczenia ciągników, pokrzywdzeni rolnicy złożyli zawiadomienia do prokuratury, ale ta początkowo nie podjęła działań. Okazało się, że diler przelał pieniądze rolników na konto producenta traktorów, ale spłacił w ten sposób swój dług, a nie konkretne zamówienie. „Pan Jarzembek dokonał wpłaty firmie dilerskiej w Lubawie i ta firma całą tę kwotę, celowo, na określony ciągnik, przelała do producenta. Producent u siebie tę kwotę zaksięgował. Ja wpłaciłem producentowi pieniądze, a że producent nie wyprodukował tego ciągnika, to już jest inna sprawa” - tłumaczy Zenon W., diler traktorów.

Reporterzy programu udali się do siedziby producenta ciągników - firmy Farmer z Sokółki. Tam dowiedzieli się, że firma Farmer zbankrutowała. Nowa właścicielka firmy odmówiła szczegółowych wyjaśnień, co budzi podejrzenia o zorganizowaną grupę przestępczą. Rolnicy zastanawiają się, jak wydział komunikacji mógł wydać dowody rejestracyjne na podstawie homologacji, jeśli ciągniki nie zostały wyprodukowane. „Nie powinniście byli ich wydać, skoro te traktory nie zostały wyprodukowane” - zwraca się reporter do przedstawicielki firmy. Syndyk masy upadłościowej firmy Farmer dysponuje tylko jednym traktorem, do którego prawa rości sobie 140 wierzycieli. Dla Dariusza Jarzemba i innych poszkodowanych to dramatyczna sytuacja: „W tej chwili mnie nie stać na nic. Żona pracuje na odsetki, a ja myślę, co zrobić, żeby co roku do banku wpłynęło 30 tys.”
Oszustwa doradcy ARiMR: tragedii Wojciecha Łosia
Inny przypadek to historia Wojciecha Łosia, rolnika prowadzącego gospodarstwo od 1994 roku, który padł ofiarą oszustwa pracownika ośrodka, wcześniej zatrudnionego w ARiMR. Zamiast pomocy, pan Wojciech otrzymał wieloletni koszmar sądowy.
Fałszerstwa dokumentów i straty finansowe
Pomoc rolnikowi zaoferował Tomasz K., pracownik ośrodka, który okazał się być karany za inne przestępstwa. Mechanizm oszustwa nie był wysublimowany: Tomasz K. nie składał wymaganych dokumentów, do czego był zobowiązany jako doradca, a potwierdzenia ich przyjęcia po prostu fałszował. W efekcie rolnik nie tylko nie otrzymał należnych dopłat, ale został też zmuszony do zwrotu środków z lat poprzednich. Straty wyniosły ponad pół miliona złotych - wszystko, co wypracowali z żoną ciężką pracą. „Komu wierzyć, jak nie jednostce państwowej? Podmiotowi, który jest tworzony przez państwo, żeby chronić rolników. A tutaj zamiast chronić, pracownik tej jednostki popełnia przestępstwo” - komentuje mec. Zygmunt Krasiński.
Choć Tomasz K. został później prawomocnie skazany za fałszerstwo, dla Wojciecha Łosia to niewielkie pocieszenie. Żadna instytucja nie poczuwa się do odpowiedzialności. Ośrodek, który zatrudniał sprawcę, nie zgłosił szkody z polisy OC i nie poinformował rolnika o jego prawach. Sądy, mimo wcześniejszych wyroków, nie zakazały Tomaszowi K. wykonywania zawodu.
Brak nadzoru i systemowe problemy
„Trzy akty oskarżenia doprowadziły do skazania mężczyzny za czyny, które zostały wskazane w tych aktach oskarżenia. Łącznie w tych sprawach było 10 osób pokrzywdzonych. Tak naprawdę są to przestępstwa tego samego typu, popełniane w bardzo podobny sposób” - mówi prokurator. Inni rolnicy z regionu również zostali oszukani w podobny sposób. Wojciech Łoś wspomina, jak Tomasz K. uspokajał go SMS-em: „Tak, oczywiście, wysłane, jak najbardziej, można spać spokojnie”. Dziś Wojciech Łoś walczy o sprawiedliwość przed sądem cywilnym. Ta historia zmusza do zadania pytania o istnienie jakiegokolwiek systemu nadzoru nad zatrudnianiem ludzi w instytucjach państwowych.
Kontrowersje wokół prezentu ślubnego wiceministra rolnictwa

W tle dramatu poszkodowanych rolników pojawiają się również kontrowersje wokół wiceministra rolnictwa Norberta Kaczmarczyka, który otrzymał w prezencie ślubnym ciągnik marki John Deere, wart około 1,5 mln zł. Uroczystość weselna, na której bawiło się ponad 500 osób, w tym politycy Zjednoczonej Prawicy, odbiła się szerokim echem w mediach.
John Deere za 1,5 miliona złotych i podejrzenia o reklamę
Prezent dla młodej pary ufundował brat wiceministra, Konrad Kaczmarczyk. Diler, od którego zakupiono pojazd, udostępnił w mediach społecznościowych zdjęcia z pozującym Norbertem Kaczmarczykiem na tle ciągnika. W opisie czytamy: „Ciągnik John Deere 8R 340 jako prezent ślubny dla Wiceministra Rolnictwa? Brzmi jak prezent idealny! Na ten wyjątkowy pomysł wpadł Pan Konrad Kaczmarczyk, który postanowił upamiętnić ślub swojego brata Norbert Kaczmarczyk. Nowy Jelonek został przekazany bezpośrednio w dniu ślubu szczęśliwej Młodej Parze!”
Polityk udostępnił również film, na którym widać pracowników, którzy szykują traktor, przyczepiając flagi i balony z logo firmy produkującej maszynę. Według internautów nagranie ma charakter promocyjny, co wywołało falę krytyki i podejrzenia o konflikt interesów. Dziennikarz TOK FM Maciej Głogowski zapytał: „Ale to wychodzi na to, że wiceminister wziął i ciągnik, i udział w reklamie firmy? To żart jest?”.
Wiceminister w kampanii prezydenckiej
Okazuje się, że przypadków promocji maszyn tej firmy jest więcej. Jak zwróciła uwagę Rozwadowska, ciągnik brał udział w spocie promującym Andrzeja Dudę podczas kampanii prezydenckiej w 2020 roku. Za kierownicą maszyny siedział wówczas sam wiceminister Norbert Kaczmarczyk. W 2015 roku Państwowe Jednostki Wojskowe zakupiły 15 ciągników tej samej marki, a w przetargu ogłoszonym przez Skarb Państwa zwyciężył AGRO Wanicki, ten sam diler, który podpisał umowę z Wodami Polskimi na zakup 34 nowych ciągników rolniczych.
Redakcja zwróciła się z prośbą do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi o komentarz w sprawie udziału wiceministra w reklamie dilera ciągników, ale odpowiedź nadal nie nadeszła.