Historia Kazimierzy Wielkiej, od tragicznych wydarzeń II wojny światowej po dynamiczny rozwój powojenny, stanowi świadectwo wytrwałości i przemian. Równolegle z ewolucją miasta, rolnictwo, będące kluczowym elementem lokalnej gospodarki, stawiało i nadal stawia wyzwania związane z bezpieczeństwem pracy, szczególnie przy obsłudze maszyn rolniczych, takich jak rozrzutniki czy przyczepy z burtami.
Historia Kazimierzy Wielkiej (1939-1985)
Okres II wojny światowej i okupacja
Dzieje Kazimierzy Wielkiej w latach 1939-1945 naznaczone są wydarzeniami wojennymi i okupacyjnymi. Jednocześnie od strony Skalbmierza zbliżała się niemiecka jednostka pancerno-motorowa, usiłująca zająć Kazimierzę Wielką z marszu. W wyniku walki szpica sił niemieckich została odparta, natomiast Kazimierza Wielka stała się celem ostrzału artyleryjskiego.
W trakcie przeprawy dywizji przez Nidzicę w kierunku Jakuszowic, jednostki polskie zostały zaatakowane od strony Wojciechowa. 26 października 1939 roku, po utworzeniu Generalnej Guberni, władzę od wojska przejęła niemiecka administracja cywilna. Kazimierza Wielka stała się siedzibą komisariatu ziemskiego (Landkomissariaten), będącego częścią starostwa miechowskiego. Wszystkie ważniejsze urzędy zostały obsadzone przybyłymi z Rzeszy Niemcami. Dla bezpieczeństwa utrzymano w Kazimierzy Wielkiej posterunek żandarmerii, a także straż kolejową (Bahnschutz). Czasowo stacjonował także Wehrmacht. W 1942 roku rozstrzelano 217 Żydów obojga płci, w tym również dzieci.

Działalność konspiracyjna
Mimo represji, w Kazimierzy Wielkiej szybko rozwijał się ruch oporu. Już w 1940 roku powstaje placówka Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej. Dowódcą został por. "Zbigniew", a następnie Franciszek Palus "Bałtycki". Placówka należała do obwodu Pińczów, wchodzącego w skład Inspektoratu Miechów. Także od roku 1940 w Kazimierzy Wielkiej prowadzili pracę konspiracyjną działacze Stronnictwa Ludowego "Roch". W gminie Kazimierza Wielka utworzono także Oddział Specjalny BCh, a w miejscowości znajdował się centralny punkt łączności dla powiatu pińczowskiego, który mieścił się w domu Felicji Kowalskiej ps. "Mietlica". Pewne próby tajnej działalności podejmowali także harcerze. Istniejące w Kazimierzy Wielkiej i okolicach organizacje podziemne nasiliły swą działalność antyokupacyjną. Ponadto wykonywano akcje na magazyny zbożowe, tartaki i mleczarnie pracujące na rzecz okupanta, niszcząc sprzęt i zabierając zgromadzone materiały.
Za zerwanie szyldu na Arbeitsamcie i żandarmerii w Kazimierzy Wielkiej nałożono na gminę kontrybucję w wysokości 5 000 złotych, a także wzmocniono posterunek żandarmerii. Latem 1944 roku, w miarę zbliżania się frontu, oddziały konspiracyjne wzmogły swą działalność. W lipcu na posterunek żandarmerii w Kazimierzy Wielkiej uderzył oddział B.Ch. Tomasza Adrianowicza "Pazura" w celu odbicia aresztowanych wcześniej bechowców. Akcja ta nie przyniosła sukcesu. Tymczasem w dniach 24-26 lipca oddziały partyzanckie rozbiły posterunki w Racławicach, Nowym Korczynie i Działoszycach. Niemcy poczuli się zagrożeni. Dyrektor cukrowni H. Hermann w trakcie ucieczki wpadł w ręce partyzanckie. 27 lipca oddział A.K. Mariana Miklaszewskiego "Odwet", wspomagany przez BCh, rozbroił 28 nacjonalistów ukraińskich przebywających w szkole powszechnej. Władzę cywilną objął delegat sądu na powiat pińczowski, przewodniczący powiatowej trójki S.L. "Roch" Józef Dąbkowski "Dąb". Służbę milicyjną pełnili żołnierze BCh. Z oddziałami AK i BCh stacjonującymi w Kazimierzy Wielkiej nawiązała kontakt grupa AL Z. Bieszczanina "Adama" rozlokowana w rejonie lasów chroberskich.
5 sierpnia niemieckie zgrupowanie zaatakowało Skalbmierz. Na pomoc miastu wyruszyły wszystkie okoliczne oddziały AK, BCh i AL, również oddział AK z Kazimierzy Wielkiej pod dowództwem por. "Orła". W styczniu 1945 roku okupanci przystąpili do demontażu urządzeń cukrowni. W wyniku celowego opóźniania tych prac przez załogę, Niemcy nie zdążyli wywieźć urządzeń z zakładu.

Rozwój powojenny i urbanizacja
W okresie powojennym Kazimierza Wielka została siedzibą gminy. Z dniem 13 listopada 1954 roku uzyskała prawa osiedla. 1 stycznia 1956 roku Kazimierza Wielka stała się siedzibą powiatu. Rozpoczął się szybki rozwój osiedla, w wyniku którego z dniem 1 stycznia 1959 roku Kazimierza Wielka otrzymała prawa miejskie. Zorganizowano i doskonalono służbę zdrowia, oświatę i kulturę. Na wielką skalę rozwinęły się czyny społeczne. Dzięki nim oddano do użytku w 1959 roku Park XV-lecia, w 1961 roku ośrodek sportów wodnych, a w 1968 roku amfiteatr w parku. Wybudowano stadion sportowy KS "Sparta". W 1960 roku wybudowano Ośrodek Zdrowia.

Gospodarka i przemysł
Podstawową bazą rozwoju rolnictwa kazimierskiego stał się dekret o reformie rolnej, na podstawie którego 185 rodzin otrzymało ziemię po parcelacji majątku Łubieńskich. Na części gruntów utworzono Stację Selekcji Roślin. Pracę doświadczalną tej placówki kontynuował później Ośrodek Hodowli Tytoniu. W późniejszych latach przybył nowy zakład Unitra-Lamina. Działalność handlową na terenie Kazimierzy Wielkiej prowadziła początkowo Spółdzielnia Spożywców "Spólnota", a od 1957 roku Rejonowa Spółdzielnia Zaopatrzenia i Zbytu. W końcu lat pięćdziesiątych przybyło Kazimierzy Wielkiej dróg bitych, dzięki czemu miasto uzyskało szereg połączeń komunikacyjnych przez PKS.
Oświata, kultura i życie społeczne
Już w marcu 1945 roku rozpoczęła działalność Szkoła Powszechna. W tymże samym miesiącu, w budynku byłych właścicieli cukrowni zorganizowano gimnazjum. Pierwszym dyrektorem został kierownik tajnego nauczania z okresu okupacji - docent Stanisław Tyc. W 1949 roku utworzona została Publiczna Szkoła Zawodowa (średnia). W 1959 roku oddano do użytku Szkołę Podstawową Nr 2 (przemianowaną w 1971 roku na szkołę specjalną), a w 1962 roku nowy gmach Liceum Ogólnokształcącego. W 1968 roku miastu przybyła kolejna placówka - Szkoła Podstawowa Nr 3.
Po wojnie rozwinął się również ożywiony ruch kulturalny. Powstały teatry amatorskie - najpierw przy gimnazjum, następnie przy cukrowni i ZNP. Zespół ten, prowadzony przez prof. Stanisława Podgórskiego, wystawił szereg sztuk, między innymi "Mazepa" Słowackiego, "Warszawianka" Wyspiańskiego, "Niemcy" Kruczkowskiego. Sukcesy odnosił również zespół wokalno-muzyczny świetlicy cukrowni "Łubna" pod kierunkiem E. Kądzielskiej. W 1956 roku powstaje kino "Uciecha", a w 1969 roku Powiatowy Dom Kultury. Wyróżnił się w nim szczególnie kabaret "Gulon" i Dyskusyjny Klub Filmowy "Bumerang". Istniejąca od 1949 roku Gminna Biblioteka Publiczna w 1956 roku zostaje przemianowana na Powiatową Bibliotekę Publiczną. W roku 1947 utworzono Hufiec ZHP, w 1957 roku Zarząd Powiatowy ZMW, w 1959 roku Oddział PTTK. Działają również PCK, TWP, powstaje ZBOWiD.

Bezpieczeństwo w Rolnictwie: Praktyczne Aspekty i Przestrogi
Rolnictwo to branża, która charakteryzuje się dużą liczbą wypadków. Historia Kazimierzy Wielkiej, jako regionu silnie związanego z agrokulturą, nierozerwalnie łączy się również z wyzwaniami dotyczącymi bezpieczeństwa na wsi. Pamiętajcie, że najczęstszą przyczyną kalectwa w rolnictwie jest rutyna, pośpiech i brak myślenia.
Najczęstsze zagrożenia i wypadki
Upadki są najliczniejszą grupą zdarzeń zgłaszanych do Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Do niebezpiecznych sytuacji dochodzi także podczas pracy maszyn polowych. O tym, jak ważna jest umiejętność przewidywania, przekonał się pan Kazimierz ze wsi Kuchary-Skotniki, położonej nieopodal Czerwińska n. Wisłą (woj. mazowieckie).

Upadki - cicha plaga rolnictwa
W 2010 roku, w środku lata, pan Kazimierz wraz z ojcem zwozili do gospodarstwa siano. Robiło się już późno, a bałdy trzeba było jeszcze załadować na strych obory, bo w nocy miał padać deszcz. Więc się spieszyli. Pan Kazimierz szybko wszedł po drabinie na strych i otworzył drzwiczki. Ale jedno skrzydło było zablokowane. Gospodarz próbował je otworzyć od środka, szarpał mocno. W pewnym momencie drzwiczki gwałtownie puściły, pan Kazimierz stracił równowagę i upadł prosto w wielką dziurę w podłodze, prowizorycznie zabezpieczoną bałdami siana. Razem z tym sianem poleciał kilka metrów w dół i wylądował w oborze. - Spadłem z wysokości trzech metrów. Miałem pękniętą czaszkę. Ojciec był przekonany, że już nie żyję, że się zabiłem. Ale po kilku minutach otworzyłem oczy - wspomina. Pierwsze, co zrobił po powrocie do domu, to zabezpieczył felerną dziurę.
Inna historia pana Kazimierza dotyczy konia. Kilkanaście lat temu, też wiosną, obsiewał pole. Siewnik podczepił do konia, bo wtedy w gospodarstwie jeszcze pracował z tymi zwierzętami. Była piękna pogoda, słonko przyświecało, a pan Kazimierz szedł za koniem i wesoło pogwizdywał. Pech chciał, że zerwało się kółko w orczyku. Trzeba je było ponownie przyczepić, aby siać dalej. Pan Kazimierz, niewiele myśląc, wszedł między konia a siewnik, by naprawić zepsutą część. Niestety, w tym momencie z malin, które rosły nieopodal, wyskoczył zając. - Koń się zląkł i ruszył do przodu. Wtedy oberwałem w głowę rękojeścią siewnika. Uderzenie było tak silne, że upadłem na ziemię, pod siewnik. A zdenerwowany koń przeciągnął mnie pod tym urządzeniem ponad 100 metrów - opowiada. Leżał zakrwawiony na polu, nieprzytomny, aż zobaczyli go sąsiedzi. To oni udzielili mu pierwszej pomocy i zwieźli do szpitala. Do dziś nosi pamiątkę po wypadku - siedem szwów na głowie. Po wypadku pan Kazimierz zaczął poważnie podchodzić do kwestii bezpieczeństwa w gospodarstwie.

Praca z maszynami rolniczymi
Wiele nieszczęśliwych zdarzeń ma miejsce także na polu podczas pracy z maszynami rolniczymi. Do takiej sytuacji doszło we wsi Grodziec (woj. łódzkie). Jest ciepłe wiosenne popołudnie. W gospodarstwie pani Bogusi praca wre. Właśnie trwa sadzenie ziemniaków, zasadniczo to już końcówka - tylko mały klin ziemi został do wysadzenia. Razem z mężem i synem w pole ponownie rusza tuż po obiedzie. Pani Bogusia jedzie na sadzarce podczepionej do ciągnika. Jej zadanie jest proste - patykiem strąca ziemniaki z taśmy, żeby ich za dużo nie wpadło do ziemi. Praca monotonna, więc odbiega myślami. I nagle czuje mocne szarpnięcie i przeszywający ból. Ręka wpadła między łopatki sadzarki. Krzyczy bardzo głośno i przeraźliwie. - Ten krzyk mnie uratował, a właściwie fakt, że ciągnik był bez budy, bo traktorzysta od razu usłyszał, że coś się stało i wyłączył maszynę - mówi. Sadzarka urwała pani Bogusi część palca u ręki. Dziś gospodyni mówi, że można było uniknąć tego nieszczęścia. Jest już pogodzona z kalectwem i zdaje sobie sprawę, że wypadek ten mógł mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Dziś gospodyni wie, że wypadku można było uniknąć. - Gdybym trochę ruszyła głową, nie doszłoby do tego wypadku. Przecież mogłam przewidzieć, że patyk może wkręcić się w łopatki, że ręka może się zaklinować. Ale, jak mówi przysłowie, chytry dwa razy traci. Po co ja strząsałam te ziemniaki? A niechby i po dwa wpadały! Zwłaszcza, że tylko malutki kawałek pola został do obsadzenia, dosłownie jedna skrzynka sadzeniaków - podsumowuje.
Pan Kazimierz, oprócz upadków, doświadczył również niebezpiecznej sytuacji z bykiem. - Poszedłem po niego na łąkę, żeby zaprowadzić do obory. A on zaczął muczeć tak dziwnie i w pewnym momencie rzucił się na mnie. Bódł mnie rogami przez około 10 minut. Już myślałem, że z tego nie wyjdę. Na szczęście założyłem mu wcześniej w nosie metalowe kółko - opowiada. Uchwyt nosowy uratował pana Kazimierza przed stratowaniem przez byka.

Bezpieczeństwo dzieci w gospodarstwie
Na wsi, zwłaszcza w okresie letnim, na niebezpieczeństwa narażone są szczególnie dzieci. Wie coś o tym pani Danuta, rolniczka z okolic Płocka, babcia pięcioletniego Witusia i ośmioletniej Marysi. Jej mąż zostawił przy śliwie ciągnik z wyciągniętym turem. - Ja akurat poszłam z wnuczkiem na pobliski warzywnik po cebulę i marchew. Gdy wyrywałam warzywa, Witek po drabinie wszedł na tura i zaczął zrywać śliweczki. Widziałam co robi, nawet mu zdjęcie telefonem pstryknęłam. Bo do głowy mi nie przyszło, że coś złego może się stać. Tymczasem Wituś stanął na paluszki, żeby dosięgnąć owoc i w tym momencie się zachwiał. Zamarłam, byłam pewna, że zaraz spadnie. A to było ze trzy metry do ziemi! Na szczęście przewrócił się do tyłu, na pupę i został w łyżce. Ale strachu najadłam się co niemiara. Dziś wiem, że bezpieczeństwo dzieci na wsi zależy w dużym stopniu od dorosłych - podkreśla pani Danuta. Chwilę po wykonaniu tego zdjęcia, wnuczek pani Danuty omal nie spadł z tura.
Niebezpieczną przygodę przeżyła także jej wnuczka Marysia. Podczas zbioru porzeczek jeździła z dziadkiem na kombajnie. Pogoda była kiepska, co chwilę kropił deszcz. Niby niewielki, ale wystarczył, by górna platforma kombajnu zrobiła się bardzo śliska. A dziewczynka miała na sobie gładkie od spodu tenisówki. - W pewnej chwili obsunęła się jej nóżka i niewiele brakowało, a wpadłaby w otrząsacze kombajnu. Mogła zginąć, bo cóż by z takiego dziecka zostało, gdyby przemieliła je maszyna? - pyta pani Danuta. Przebywanie dzieci w pobliżu pracujących maszyn może skończyć się tragedią.
Chwile grozy przeżyli także rodzice dwuletniej Anieli. Sad był oddalony dosłownie o 100 metrów od gospodarstwa, więc rodzicom wydawało się, że niczym nie ryzykują, przewożąc dziecko na przyczepie. Do drzewek czereśniowych dotarli bezpiecznie, ale nie zauważyli, że burta od przyczepy była niedomknięta. Córeczka oparła się o nią rączkami i burta w tym momencie się otworzyła. Rodzice dwulatki nie zadbali o prawidłowe zamknięcie burty w tej przyczepie. Cudem uniknęli nieszczęścia. - To były straszne chwile. Dziś w ogóle nie ma mowy o tym, żeby nasze dzieci podchodziły do sprzętów rolniczych. Opowiadam tę historię, by przestrzec innych rodziców. Musicie włączyć myślenie, musicie uruchomić wyobraźnię. Tylko tak jesteście w stanie uchronić Wasze dzieci przed wypadkami w gospodarstwie. Nasza córeczka ma już 5 lat, więc dużo rozumie. Tłumaczę jej, czemu nie należy zbliżać się do sprzętów rolniczych, zwłaszcza, gdy są podpięte do ciągnika - mówi mama Anieli. Jak sama przyznaje, po tym incydencie na przyczepie stała się dużo bardziej ostrożna.

Klucz do bezpieczeństwa: Myślenie i zapobieganie
Wspomniane historie łączy jeden mianownik: poszkodowani rolnicy zaczynali dbać o bezpieczeństwo dopiero po wypadku. Ważne i proste jest zapobieganie wypadkom na wsi. Bezpieczeństwo jest wartością bezcenną i wcale nie wymaga dużych nakładów finansowych. - Nim zacznę coś robić na polu, w obejściu czy przy maszynach, to myślę, co może pójść nie tak. Zanim się dotknę np. do rozrzutnika czy bron, to wyłączam silnik w ciągniku. Staram się nie mieć ubrań ze sznurkami, które mogłyby się wkręcić np. w wałek przekazu mocy czy w elementy kombajnu. Wyrównuję też powierzchnię podwórka, by nie było dołów i dziur, przez które można się przewrócić. Wielu rolników tego nie robi, bo wiadomo - nie mają czasu, spieszą się - dzieli się doświadczeniami pan Kazimierz.
Aby uniknąć najczęstszych wypadków, a więc upadków, wystarczy:
- utrzymać porządek w obejściu,
- usunąć nierówności na podwórku,
- odśnieżać i posypywać śliskie miejsca po przymrozkach,
- tyłem schodzić z ciągnika i drabiny,
- dobrać odpowiednio odzież,
- korzystać ze stabilnych podestów przy pracy na wysokościach.
Bezpieczna obsługa maszyn i urządzeń rolniczych
tags: #rozrzutnik #burty #kazimierza #wielka