Skoki narciarskie, zwłaszcza w rywalizacji drużynowej, często dostarczają niezapomnianych emocji - zarówno tych pozytywnych, związanych z walką o medale, jak i tych dramatycznych, wynikających z niebezpiecznych upadków czy kontrowersyjnych decyzji. Historia tej dyscypliny obfituje w wydarzenia, które na długo pozostają w pamięci kibiców i samych zawodników, niejednokrotnie wpływając na wyniki i kariery sportowców.
Groźne upadki w Planicy - drużynowy Puchar Świata
Jednoseryjny drużynowy konkurs Pucharu Świata na mamuciej skoczni w Planicy, którego drugą serię odwołano z powodu zbyt silnego wiatru, obfitował w dramatyczne momenty. Wygrała go Austria, wyprzedzając o 10,5 pkt Słowenię i o 33,2 Norwegię. Polska zajęła piąte miejsce. Choć pierwsza seria była rozgrywana w dość dobrych warunkach wietrznych, doszło w jej trakcie do groźnych upadków.

W trakcie zawodów doszło do trzech upadków. Jako pierwszy po lądowaniu upadł Decker Dean. Amerykanin szybko podniósł się z zeskoku. Najbardziej ucierpiał jednak Giovanni Bresadola. Po koszmarnym upadku w Planicy kibice zamarli. Skoczek trafił do szpitala. Giovanni Bresadola po lądowaniu na 226 m miał wywrotkę. Jego lewe kolano uległo nienaturalnemu skręceniu. Skoczek nie podnosił się i niezbędna była pomoc lekarzy. Wokół skoczni zapadła cisza. Reprezentant Włoch opuścił zeskok na noszach.
Bresadola opublikował w mediach społecznościowych zdjęcie ze szpitala. "Cześć, żyję" - rozpoczął wpis. Poinformował, że czeka go prześwietlenie i rezonans magnetyczny. "Gdy będzie po wszystkim, dam znać" - dodał. Kilka minut później po lądowaniu na 242,5 m upadł Słoweniec Timi Zajc. Reprezentant gospodarzy nie doznał poważniejszych obrażeń. - Trochę bolało mnie biodro, łopatka i bark.
Najgroźniejsze upadki skoczków ostatnich lat!
Val di Fiemme 2013 - historyczny brąz i zaskakujące rozstrzygnięcia
2 marca 2013 r., w Val di Fiemme, polscy skoczkowie po raz pierwszy w historii zdobyli medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym. Początkowo jednak, tuż po zakończeniu zawodów, Polacy nie mieli powodu do świętowania. Czwarta pozycja, którą zajęli, była znakomitym wynikiem, ale wszyscy wiedzieli, że pierwszy, historyczny medal dla drużyny polskich skoczków był na wyciągnięcie ręki. Do podium zabrakło im zaledwie 0,8 pkt, czyli mniej niż pół metra po ośmiu skokach.

Zamieszanie z punktacją i rola Morgensterna
Austria obroniła złoto, ze srebra cieszyli się Norwegowie, a z brązu Niemcy. Kamil Stoch z nerwów uderzał dłońmi w kask, a Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki kręcili z niedowierzaniem głową. Nagle jednak karuzela emocji zaczęła kręcić się jak szalona. Dziennikarze z Polski stali w strefie rozmów ze sportowcami, przez którą biegła Ewa Bilan-Stoch i Marcelina Hula. Ta ostatnia z krzykiem: "Mamy medal!", ale nikt nie bardzo wiedział, o co właściwie chodzi. Chwilę później pojawił się Grzegorz Sobczyk. Asystent trenera Łukasza Kruczka potwierdził, że to jednak Polska odbierze brąz i wyraźnie roztrzęsiony zaczął tłumaczyć sytuację.
Okazało się, że w pierwszej serii Anders Bardal ruszył z 22. belki, a sędziowie dodali mu punkty, jakby ruszył z rozbiegu ustawionego niżej. Co ciekawe, błąd zauważył Thomas Morgenstern. Legendarny skoczek jest więc na swój sposób jednym z tych, którzy rozpoczęli historię najlepszego pokolenia w historii polskich skoków. Maciej Kot wspominał te chwile: "Szalene chwile. Pierwszą informację podał nam człowiek z FIS, który powiedział, że pojawił się protest i być może będziemy mieli medal. Nie wiedzieliśmy, dlaczego i kto może go stracić. Pomyślałem od razu o czyjejś dyskwalifikacji. Później nasz serwismen Kacper Skrobot opowiadał, że Anders Bardal dostał punkty za skok z dwóch stopni niżej, a startował tylko o jeden niżej. Chwila niepewności i człowiek z niemieckiego Eurosportu pokazał Adamowi Małyszowi trójkę. Zaczęliśmy się cieszyć, a na telebimie pokazali stare wyniki i znowu niepewność. Łukasz Kruczek poszedł rozmawiać z władzami i przekazał nam już dobre wieści, ale wtedy pojawił się protest Norwegów i od nowa to samo".
Protesty i niecodzienne lądowanie
Efekt tego zwariowanego zamieszania był taki, że w ceremonii kwiatowej na skoczni nie wzięli udziału Niemcy i Polacy, choć później, na właściwym podium, ci pierwsi odebrali srebro, a Biało-Czerwoni brąz. Norwegowie szaleli z wściekłości. - To nie nasza wina, tylko jego! - krzyczał Anders Jacobsen, pokazując na dyrektora Pucharu Świata Waltera Hofera. - Biorę całą winę na siebie - odpowiadał Austriak.
Najgroźniejsze upadki skoczków ostatnich lat!
Tamten konkurs był zwariowany nie tylko z powodu zamieszania z punktami za belki Norwegów i zmianą kolejności. Wspomniany Morgenstern po drugim skoku okulał, a Manuelowi Fettnerowi przy lądowaniu wypięła się narta i na jednej nodze przejechał przez strefę, w której sędziowie mogliby mu odjąć punkty za upadek. Przepisy okazały się nie być gotowe na taką sytuację. Odejmowane punkty są za podpórkę rękoma lub wywrotkę, ale podpórki... nogą nikt nie brał pod uwagę.
Wzruszony Adam Małysz i przełomowa decyzja trenera Kruczka
My mieliśmy swoje święto. Wzruszony był Adam Małysz, który był gigantem, ale nie miał wokół siebie kolegów, z którymi mógłby walczyć o medale mistrzostw świata. Małysz tylko śmiał się z tego, że jedna z telewizji podała podczas tamtych mistrzostw, że "Orzeł z Wisły" oddał dwa skoki, choć był dwa lata po zakończeniu kariery, bo chodziło o skoki imitacyjne. - Żałuję, że nie było takiej drużyny, kiedy byłem w szczytowej formie. Też moglibyśmy walczyć o medale. A teraz, przed skokiem Kamila, byłem cholernie zdenerwowany - opowiadał Adam.
Drugi skok Kamila Stocha był rewelacyjny. Trener Kruczek zgłosił chęć obniżenia belki i Kamil skakał z najniżej ustawionego rozbiegu z całej stawki, a i tak poleciał 130 metrów. Trener Kruczek przyznał: - Inni pukali się w głowę. Przy tych warunkach nikt z tego miejsca nie skakał. Policzyliśmy jednak, ile nam brakuje punktów i nie było wyjścia. Czwarte czy piąte miejsce nie miało znaczenia. Liczyło się podium i zagraliśmy va banque. Byłem pewny, że Kamil skoczy daleko w warunkach, które panowały w momencie, gdy podejmowałem decyzję. Serce mi jednak zadrżało, kiedy te się pogorszyły już w chwili, gdy przesuwano belkę. Graliśmy jednak dalej, nie było odwrotu.
Łukasz Kruczek dodał, że po raz pierwszy mieliśmy drużynę, która nie potrzebowała szczęścia, bo miała wystarczająco wysokie umiejętności, żeby wejść na podium. Adam Małysz prorokował: - Myślę, że teraz Kamil wystrzeli, jak z procy. Kiedyś mówiliśmy o nim "rakieta z Zębu" i zobaczycie, jak teraz odpali. Może zdobyć to, co nie udało się mnie, czyli złoto igrzysk - ale nawet on nie mógł przypuszczać, jak daleko zaleci "rakieta", czyli że tych złotych medali będzie znacznie więcej.
Warto również pamiętać, że zaledwie dwa miesiące wcześniej Polacy skakali beznadziejnie. Kruczek zebrał całą kadrę i sztab w pokoju hotelowym w fińskiej Ruce i powiedział, że jeśli ktokolwiek widzi receptę na wyjście z kryzysu w zmianie trenera, to on zrezygnuje. Maciej Kot powiedział, że razem weszli w kryzys i razem muszą z niego wyjść. Dzień później Kamil Stoch stwierdził, że bez Kruczka to on też nie skacze. Podjęli walkę, a efekty zebrali właśnie w Val di Fiemme. Tamten konkurs drużynowy, który skończył się historycznym brązem, okazał się kamieniem węgielnym pod budowę jednej z najpiękniejszych historii w polskim sporcie, bo od tamtej pory drużyna skoczków zdobywa medale bardzo regularnie.