Nasz poprzedni wpis dotyczący przedwojennego sadownictwa spotkał się z szerokim odbiorem, dlatego postanowiliśmy rozszerzyć tę tematykę i przygotować cały cykl artykułów. Najbliższe teksty zaprezentują ofertę przedwojennych preparatów do zwalczania chorób i szkodników roślin sadowniczych oraz rozwój ciągników rolniczych. Artykuły powstały dzięki udostępnieniu zbiorów przez Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno - Spożywczego w Szreniawie i będą bogato ilustrowane.
Ochrona roślin w sadownictwie przedwojennym
Przedwojenne rozwiązania technologiczne oraz postępy w dziedzinie chemii i biologii umożliwiały bardzo efektywną ochronę roślin sadowniczych. Na rynku dostępnych było wiele preparatów produkcji krajowej lub zagranicznej. Stosowane wówczas substancje aktywne wykazywały przede wszystkim działanie powierzchniowe, miały jednak bardzo istotną zaletę - charakteryzowały się niskim ryzykiem wystąpienia u agrofagów odporności, nawet gdy były stosowane kilkadziesiąt lat pod rząd. Niektóre z nich działały skuteczniej niż wiele z dostępnych dziś na rynku specyfików, ich wielką wadą była natomiast szkodliwość dla zdrowia konsumentów i toksyczny wpływ na środowisko.
Charakterystyka polskiego sadownictwa
Mimo postępów, polskie sadownictwo było zacofane względem innych krajów Europy, takich jak Niemcy, Włochy czy Francja. Model dochodowego sadu towarowego praktycznie nie istniał. Podstawę produkcji owoców stanowiły ekstensywne sady chłopskie i dworskie. Drzewa szczepione na silnie rosnących siewkach sadzono w dużym rozstawie i najczęściej były niepewne odmianowo. Sadownictwo stanowiło tylko dodatek do innych kierunków produkcji rolniczej, dlatego też w międzyrzędziach uprawiano zboża lub ziemniaki, wysiewano zioła i warzywa, a także wypasano zwierzęta gospodarskie.
Rzadko stosowano nawozy mineralne, zamiast nich zasilając drzewa obornikiem. W powszechnym użyciu były także nawozy sporządzane z suszonego kału ludzkiego, który mieszano z obornikiem czy pomiotem kurzym. Wiedza ogrodnicza była na niskim poziomie, a nasadzenia utrzymywano w niskiej kulturze. Wielu sadów wcale nie chroniono, zbierając to, co w danym sezonie wyrosło. Konsumenci nie byli zresztą wybredni - szczególnie w miastach owoców było na tyle mało, że jabłka kosztowały nawet kilka razy drożej od kiełbasy.
Również dostęp do środków ochrony roślin oraz maszyn umożliwiających ich aplikację w sadach był w Polsce znacznie bardziej ograniczony niż na Zachodzie. Nie oznacza to jednak, że ochrona roślin nie rozwijała się na terenach polskich. W ślad za nią podążała technika sadownicza, bez której nie byłaby możliwa skuteczna aplikacja preparatów. Dysponowaliśmy wieloma własnymi bądź importowanymi rozwiązaniami, które wykorzystywali światli, zamożni ogrodnicy okresu przedwojennego. Wszystkim tym rozwiązaniom z okresu przedwojennego zawdzięczamy dzisiejszy rozwój techniki.

Rodzaje opryskiwaczy przedwojennych
Ręczne opryskiwacze przenośne
Najtańszym i najprostszym rozwiązaniem były ręczne opryskiwacze przenośne. Wyrzucały ciecz roboczą pod ciśnieniem, co umożliwiała zamontowana w nich pompka. Opryskiwanie ogrodów z ich pomocą było bardzo czasochłonne. Rozpylacze należało kierować bezpośrednio na gałęzie. Aby dosięgnąć wyżej położonych gałęzi, konieczne było wspinanie się na drabinę.

Opryskiwacze plecakowe
Znacznie wydajniejszą pracę umożliwiały opryskiwacze plecakowe. Miały większą pojemność zbiorników - przeważnie do 20 litrów. Ciecz roboczą w zbiorniku należało co pewien czas wstrząsać, gdyż nie było tam mieszadła. Ze zbiornikiem opryskiwacza łączyła się giętkim wężykiem lanca. Dopływ cieczy do lancy regulował zawór. Taki opryskiwacz umożliwiał precyzyjne kierowanie cieczy roboczej w wybrane miejsce.

Opryskiwacze jezdne
W wielkoobszarowych sadach najlepiej sprawdzały się rozwiązania jezdne. Wyposażone były w jedno bądź kilka kół, dzięki którym możliwe było ich ciągnięcie wzdłuż rzędów drzew. Maszyny te były opryskiwaczami motorowymi, napędzanymi silnikiem spalinowym. W mniejszych wytwarzano ciśnienie przy pomocy ręcznej pompki. Nie stosowano jednak wentylatorów, lecz długie lance wypryskujące ciecz pod ciśnieniem, dzięki którym było możliwe skierowanie strumienia aerozolu pod sam czubek wysokich koron drzew. Lancę obsługiwał pracownik.
Najprostsze rozwiązania z kołem jezdnym to opryskiwacze taczkowe, które były ciągnięte przez pracownika sadu. W większych gospodarstwach wykorzystywano opryskiwacze konne, ponieważ konie były najpowszechniejszą siłą pociągową. Przykładem jest polskiej produkcji opryskiwacz konny.

Opylacze i ich zastosowanie
Osobną grupę narzędzi i maszyn do aplikacji środków ochrony roślin stanowią opylacze. W tamtych czasach proszek do rozpylania był popularną formą środków ochrony roślin. Najprostsze opylacze bazowały na dyszy (podobnie jak odymiacze pasieczne). Przykładem jest opylacz piersiowy wentylatorowy.

Taka forma aplikacji preparatów chemicznych była szczególnie groźna dla pracowników sadu, gdyż wyrzucane w powietrze pyły osiadały w ich drogach oddechowych. Zabiegi wykonywano zatem w specjalnych kombinezonach, które chroniły przed wdychaniem trującego proszku. Niektóre substancje, na przykład trucizny przeciwko gryzoniom czy szkodnikom glebowym, aplikowano wprost do gleby.
Zabytkowy opryskiwacz ciśnieniowy z mosiężnym kranikiem
Wśród zabytkowych urządzeń szczególną uwagę zwraca zabytkowy mosiężny opryskiwacz ciśnieniowy produkcji niemieckiej z 1918 roku. Na rączce widnieją napisy "SPRITZKANNE" oraz "PLATZ", co świadczy o wytwórcy tego opryskiwacza: "RHEIN PFALZISCHE MASCHINEN CARL PLATZ LUDWIGSCHAFEN n/RHEIN".
Opryskiwacz ma pojemność 2,5 litra, wysokość zbiornika to 27 cm, a całkowita wysokość wynosi 37 cm. Lanca jest zaopatrzona w dyszę wirową z możliwością regulacji strumienia. Rączkę z zaworem i dyszą można zdemontować w celu oczyszczenia siatki na rurce czerpalnej. Ten typ opryskiwacza stanowi cenny przykład technologii stosowanej w ochronie roślin na początku XX wieku.
Próba uruchomienia zabytkowego silnika Deutz i poszukiwania mosiężnych kraników
Posiadacz silnika Deutz (prawdopodobnie MA 311) podjął próbę jego uruchomienia. Silnik ten, choć stoi u niego od kilku lat i ma dorobione podwozie, wymaga uzupełnienia o kranik paliwa i kranik spustu wody. Oryginalne mosiężne kraniki są poszukiwane do zbiornika paliwa i spustu wody chłodzącej. Brakowało również możliwości uruchomienia go korbą.
W związku z tym właściciel postanowił wykorzystać zabytkowy, przedwojenny silnik elektryczny z szajbą na pas płaski jako rozrusznik. Obroty silnika elektrycznego wynosiły 950 obr/min, a przy przełożeniu kół pasowych 1:2,5, silnik Deutz osiągał 375 obr/min. Po licznych regulacjach napięcia i wzajemnego ustawienia, by pas nie spadał, wstępne pociągnięcie za pas i włączenie silnika elektrycznego pozwoliły na uruchomienie silnika.

Ponieważ nie wiedziano w jakim stanie jest układ smarowania, użyto mieszanki 1:25 jako paliwa. Paliwo dolewano bezpośrednio do komory pływakowej, gdzie znajduje się specjalna wanienka do tego celu. Po ręcznym zassaniu, silnik odpalił prawie od razu, praktycznie bez dymienia. Niestety, zablokowana lub zapieczona oś przepustnicy nie pozwoliła na pracę regulatora obrotów, co spowodowało rozbieganie się silnika. Konieczne było ręczne przykręcenie iglicy gaźnika. Elektryczny silnik rozruchowy, napędzany z prędkością nadsynchroniczną, zaczął pracować jak prądnica lub alternator, a przy braku synchronizacji z siecią spowodował "wysadzenie korków" w instalacji domowej. Wkrótce Deutz zatrzymał się po wypaleniu paliwa w komorze pływakowej. Procedurę powtórzono kilkakrotnie.
Identyfikacja i różnice między modelami silników Deutz
W dyskusji na temat identyfikacji silnika, wskazywano na podobieństwa konstrukcyjne modeli Deutz MA311 i MA511, choć z kilkoma detalami je różniącymi. Model MA311 nie ma wejścia na bagnet do sprawdzania poziomu oleju, a tabliczka znamionowa była montowana na górze zbiornika wody, podczas gdy w MA511 znajdowała się pod napisem DEUTZ. Następną różnicą jest to, że 311 był smarowany za pomocą oliwiarki, a 511 za pomocą pompy olejowej. Co do silnika kolegi, nie jest to na pewno 311, a jeśli zbiornik paliwa jest oryginalny, to możliwe, że również nie 511. Zastanawia również odpowietrznik skrzyni korbowej, który w 511 jest po prawej stronie. Podejrzenie, że może to być MA514 zostało wycofane, gdyż te silniki miały w kole zamachowym otwór o średnicy około 3-4 cm, a ten go nie posiada. Średnica koła jest taka sama jak w modelu 511.
W celu dalszej identyfikacji warto odkręcić pokrywę skrzyni korbowej i odczytać numer silnika oraz sprawdzić skok tłoka (średnicę będzie ciężko zmierzyć). Po numerze silnika możliwe będzie ustalenie roku produkcji i wykluczenie niektórych modeli. Silnik z fotek 1 i 2 konstrukcyjnie przypomina Deutz MA113, lecz silniki tej firmy z tamtego okresu nie miały osobno przykręcanej głowicy, lecz były odlewane z całym blokiem.
URSUS C451 widoczny na zdjęciu to świeża rekonstrukcja kolegi z Ptaków pod Otwockiem, a jego korzenie, czyli pierwsza produkcja, sięgają lat zaraz po wojnie (rok 1966).
tags: #zabytkowy #opryskiwacz #z #mosieznym #kranikiem