Wydarzenia w Starej Wsi i informacje o bezpieczeństwie maszyn rolniczych

W ostatnich tygodniach Polskę wstrząsnęły doniesienia o tragicznych wydarzeniach w małopolskiej Starej Wsi, gdzie doszło do podwójnego zabójstwa, a także o poważnych wypadkach z udziałem maszyn rolniczych, w tym rozrzutników obornika. Poniższa artykuł przedstawia szczegółowe informacje dotyczące obu tych kwestii, koncentrując się na przebiegu obławy w Starej Wsi oraz na regulacjach i zagrożeniach związanych z użytkowaniem sprzętu rolniczego.

Obława i finał tragicznych wydarzeń w Starej Wsi

Mapa obszaru poszukiwań w Starej Wsi z zaznaczonymi kluczowymi punktami akcji służb

Małopolska Policja w mediach społecznościowych podała informację o odnalezieniu ciała 57-latka, podejrzanego o dokonanie podwójnego zabójstwa w Starej Wsi (gm. Limanowa). "Policjanci znaleźli ciało poszukiwanego 57-latka" - podano w komunikacie we wtorek po godzinie 21:00. Szef MSWiA Tomasz Siemoniak przekazał za pośrednictwem platformy X podziękowania dla Policjantów, Żołnierzy i wszystkich wspierających tę bardzo trudną operację. Małopolska Policja wkrótce miała przedstawić więcej informacji na specjalnym briefingu.

Przebieg zdarzenia i poszukiwania sprawcy

57-letni mężczyzna był poszukiwany przez służby od 27 czerwca, kiedy to w Starej Wsi doszło do strzelaniny. Podejrzany miał otworzyć ogień do członków swojej rodziny - 26-letniej córki, 31-letniego zięcia i 72-letniej teściowej. Małżeństwo nie przeżyło, a ranna 72-latka trafiła do szpitala, gdzie przeszła operację. Mężczyzna zbiegł z miejsca zdarzenia autem, które wkrótce porzucił. W dniu zabójstwa rzeczniczka nowosądeckiej prokuratury, prok. Justyna Rataj-Mykietyn, stwierdziła, że "nie są znane motywy działania sprawcy". Wiadomo, że mężczyzna nie miał pozwolenia na broń.

Lokalna policja prowadziła intensywne poszukiwania, które wkrótce wspomogły służby z całej Polski. Do powiatu limanowskiego przybyli funkcjonariusze z oddziałów prewencji i kontrterroryści. W działaniach wykorzystywano drony z kamerami termowizyjnymi i psy przeszkolone do nawęszania molekularnego. 57-latka poszukiwano także z powietrza, dzięki policyjnemu śmigłowcowi Black Hawk. 28 czerwca za Tadeuszem D. wydano list gończy. Dodatkowo Prokuratura Okręgowa w Nowym Sączu przekazała, że w sprawie mężczyzny wyrażono zgodę na tymczasowe aresztowanie. "Na wniosek prokuratora Sąd Rejonowy w Limanowej zastosował tymczasowe aresztowanie na okres 14 dni" - przekazano w komunikacie.

Akcja poszukiwawcza z użyciem drona i termowizji!

Niejasności i reakcje społeczne

Do przełomu w sprawie 57-latka ze Starej Wsi pod Limanową miało dojść już w nocy z 28 na 29 czerwca. Służby w niedzielę poinformowały o domniemanym zajściu z udziałem mężczyzny, który - według ustaleń - miał być widziany w pobliżu posesji przez policjantów, oddać strzał w ich kierunku, a następnie zbiec do lasu. Informacje te wkrótce jednak sprostowano. Podinsp. Katarzyna Cisło z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie przekazała, że "policjanci, którzy patrolowali ten rejon domu należącego do sprawcy, w pewnym momencie zauważyli w odległości kilkudziesięciu metrów mężczyznę, którego kontur przypominał 57-letniego sprawcę. Kiedy człowiek zauważył policjantów, zaczął uciekać w kierunku masywu leśnego. W pewnym momencie oddał strzał w kierunku policjantów". Jednocześnie przypomniała, że poszukiwany mieszka w Starej Wsi od kilkudziesięciu lat i doskonale "zna teren". "To bardzo gęsty las, bardzo dużo hektarów do przeszukania, dlatego też wspomagają ich [funkcjonariuszy - red.] w poszukiwaniach drony z termowizją" - wskazała.

Ta tragedia wstrząsnęła całym krajem. W piątek, 27 czerwca 57-letni Tadeusz Duda postrzelił 31-letniego mężczyznę i 26-letnią kobietę. Była to jego córka oraz zięć. Trzecia ofiara to jego 73-letnia teściowa, która została przetransportowana do szpitala. Świadkiem śmierci swoich rodziców było roczne dziecko. Sąsiedzi nie mogli uwierzyć w to, co się wydarzyło, choć wielu z nich twierdziło, że sprawca już wcześniej był bardzo agresywny. Wszyscy w panice barykadowali się w domach. W sieci pojawił się także film, na którym widać strzelającego mężczyznę, prawdopodobnie już po dokonaniu zbrodni.

Spokojna dotąd okolica w Starej Wsi nie przypominała miejsca, którym jest na co dzień. Ciszę zagłuszały syreny radiowozów, które krążyły po całej wsi i okolicy. Oprócz służb ciężko było spotkać ludzi. Wszyscy w panice zabarykadowali się w swoich domach. Zamknęli bramy wjazdowe, a niektórzy zasunęli rolety w oknach. "To byli bardzo dobrzy ludzie. Młode małżeństwo, rok temu urodziło się im dziecko, rozpoczęli budowę domu. Po wsi krążyły jednak plotki o tym człowieku. Mówili, że jest groźny. Miał zakaz zbliżania się do swojej córki i zięcia. Zastanawiam się czy ktoś nie zbagatelizował tej sprawy. Czy musiało dojść do tragedii?" - powiedziała jedna z mieszkanek. Inny mieszkaniec, niedaleki sąsiad ofiar, dodał: "Wszystko pozamykaliśmy, bo się boimy. Nie wiadomo, czy nie wyskoczy zza rogu. Przecież on jest uzbrojony. Ludzie mówią, że to jakaś broń myśliwska. Nie rozumiem jak można zastrzelić człowieka, a co dopiero swoje dziecko. Ale podobno im groził, że ich pozabija i gonił za nimi z siekierą. Podobno miał też problem alkoholowy."

Szczegóły zbrodni i akcja ratunkowa

Obława policyjna trwała w całej okolicy, z radiowozami obecnymi dosłownie wszędzie. Jak przekazała rzeczniczka limanowskiej policji Jolanta Batko, przeszukiwany był cały teren masywu leśnego oraz okoliczne zabudowania. "Do działań funkcjonariusze wykorzystują też policyjne drony. Zostały do nas skierowane wszystkie możliwe siły i środki. Działania prowadzone są nie tylko w samej miejscowości Stara Wieś, ale także we wszystkich sąsiednich" - relacjonowała Batko. Na ten moment nie było wiadomo nic na temat motywu sprawcy. Na miejscu pracowała także grupa dochodzeniowo-śledcza, która zajmowała się ciałami osób, które zginęły. Wiadomo, że do tragedii doszło w dwóch domach.

Wszystko wskazywało na to, że strzały padły też poza miejscem zbrodni. W sieci pojawił się film, na którym widać Tadeusza Dudę strzelającego na zewnątrz ze sztucera z lunetą. Dramat rozegrał się w piątek (27 czerwca) przed południem. Obława za podejrzanym Tadeuszem Dudą trwała. 57-latek pozbawił życia członków najbliższej rodziny - zabił swoją 26-letnią córkę i 31-letniego zięcia, którzy osierocili roczne dziecko. Dom sprawcy bezpośrednio sąsiadował z posesją jego teściów. To tam w pierwszej kolejności udał się Tadeusz Duda. W budynku znajdowały się w tym czasie trzy osoby: jego teść, teściowa oraz syn tego małżeństwa. Z dużym prawdopodobieństwem ustalono, że kobieta została postrzelona w domu. Intencje Tadeusza Dudy nie były do końca jasne - nie wiadomo, dlaczego pozbawiony skrupułów strzelec nie zaatakował swojego teścia, z którym także był skonfliktowany. Wiadomo, że w przeszłości miał im grozić - kilka miesięcy wcześniej usłyszał za to prokuratorskie zarzuty. Jedna z wersji zdarzenia mówiła o tym, że nieświadomi zagrożenia domownicy otworzyli drzwi, a widząc, że Tadeusz Duda jest uzbrojony - zamknęli je. Bliscy błyskawicznie wezwali pomoc.

Z relacji wynika, że karetka pogotowia ratunkowego została wysłana na miejsce do "krwawiącej rany uda". Ratownicy nie mieli świadomości, co wydarzyło się chwilę wcześniej w domu, którego próg właśnie przekroczyli, by pomóc poszkodowanej kobiecie. Dopiero widok obrażeń 73-latki uświadomił im, w jakiej sytuacji się znaleźli. Od obecnych w budynku mężczyzn słyszeli jedynie: "Strzelał!". Policja dotarła na miejsce niemal w tym samym czasie. Gdy ranna 73-latka była już gotowa na transport do szpitala, policjanci pomogli ratownikom w jej przeniesieniu do karetki. Na tym etapie akcji pod dom teściów dotarły dwie kolejne karetki pogotowia. Nie były już tam potrzebne - miały trafić do miejsca zamieszkania córki Tadeusza Dudy, oddalonego o 600 metrów. Tam trwała już druga interwencja służb.

O przebiegu tej drugiej interwencji opowiedział jeden z pierwszych, którzy dotarli na miejsce zbrodni - st. kpt. WCPR. Z Komendy Powiatowej PSP w Limanowej wyjechały trzy pojazdy. Po dotarciu strażaków pod wskazany adres, przed budynkiem mieszkalnym znajdowały się dwie osoby bez obrażeń. Jak się później okazało, był to ojciec oraz brat postrzelonego mężczyzny. Twierdzili, że podejrzany oddalił się w stronę lasu. Obecni na miejscu strażacy podzielili się na dwie grupy i mimo ryzyka podjęli działania ratownicze, starając się udzielić rannym pomocy. Po dokładnym rozpytaniu świadków dowiedziano się, że w chwili zdarzenia w domu przebywało dziecko. Ojcu postrzelonej osoby polecono, by zaprowadził jednego ze strażaków do budynku, w którym obecnie znajduje się dziecko. Dom był oddalony o około 300 metrów. Upewniono się, iż dziecko nie odniosło obrażeń. Strażak polecił domownikom, aby zgromadzili się w jednym pomieszczeniu i zamknęli od środka, zasłonił również okna na tym piętrze, na którym przebywali. Następnie wrócił na miejsce zdarzenia, gdzie był już pierwszy patrol policji. W późniejszym etapie działań na miejscu pojawiło się kilka kolejnych patroli policji - wówczas reanimacja 26-latki była jeszcze prowadzona. Mundurowi korzystali już z kamizelek kuloodpornych. Następnie policjanci udali się do pobliskiego lasu.

W tym samym czasie, gdy zaalarmowano limanowską straż pożarną, o dwóch osobach z ranami postrzałowymi poinformowane zostało pogotowie ratunkowe. Gdy ratownicy byli już prawie u celu, po drodze napotkali osobę postronną, która pokazała im kierunek. Usłyszano, że mężczyzna, który strzelał został "przegoniony" z miejsca zdarzenia i oddalił się do lasu. Pod domem stał już terenowy samochód straży pożarnej. Z pojazdu usłyszano informację, prawdopodobnie podaną drogą radiową: "uwaga, bo strzela". Po oględzinach i sprawdzeniu parametrów życiowych stwierdzono zgon 31-letniego mężczyzny, odstępując od dalszych czynności medycznych. Cały wysiłek ratowników i strażaków skupił się na rannej 26-latce. Niestety, mimo ich zaangażowania, życia nie udało się uratować - obrażenia okazały się zbyt poważne. Służby działały w bardzo trudnych warunkach. Obecni na miejscu ratownicy, strażacy i policjanci przez długi czas nie wiedzieli, że doszło do dwóch zdarzeń. Nie mieli pewności, gdzie znajduje się uzbrojony sprawca. Występowały problemy z łącznością.

Analiza przebiegu zbrodni

Tadeusz Duda po zranieniu 73-latki udał się do miejsca zamieszkania swojej córki. Z nagrania, które opublikowano, wynika, że Tadeusz Duda spotkał na posesji trzy osoby: 31-letniego zięcia, jego brata oraz jego ojca. "Leć do Justyny" - to pierwsze słowa osoby, która nagrywa sytuację. Mężczyzna widoczny na nagraniu poruszał się spokojnie, po kilku krokach przyjął pozycję strzelecką i zaczął mierzyć z broni. Muzyka częściowo to zagłuszała, ale w jego stronę kierowane były jakieś słowa (prawdopodobnie: "no, dawaj"). Nagrywający najpierw wyklinał sprawcę, a następnie zaczął biec. Krzyczał do kogoś: "K**wa, Duda strzela! Dzwoń na pały! K**wa!". W chwili, gdy został śmiertelnie postrzelony, 31-latek znajdował się na łące, w niewielkiej odległości od domu rodzinnego, poniżej budowy. 26-latka prawdopodobnie zginęła jako druga, w korytarzu domu. Została dwukrotnie postrzelona w tułów. 57-latek posługiwał się bronią, która według policji była tzw. obrzynem - oznacza to, że została zmodyfikowana m.in. poprzez skrócenie lufy. Broń była wyposażona w celownik optyczny. Według świadków, po oddaniu śmiertelnych strzałów, Tadeusz Duda uciekł do lasu.

W związku z odnalezieniem samochodu zakładano dwie wersje. Pierwsza mówiła o tym, że mężczyzna porzucił tam samochód jeszcze przed zdarzeniem, zostawiając w pojeździe swój telefon, a następnie udał się pieszo do domu. Drugi scenariusz zakładał, że po podwójnym zabójstwie mógł oddalić się do lasu i dotrzeć do wybranej wcześniej lokalizacji, gdzie znajdował się pojazd, a następnie odjechać i porzucić auto w miejscu, gdzie znalazła je policja. Tadeusz Duda ostatni raz widziany był w sobotę (28 czerwca) około godziny 22:00 w pobliżu swojego domu. Zagadką pozostawało, dlaczego wrócił w to miejsce. Kontrowersje i niejasności budził fakt, że uzbrojeni funkcjonariusze biorący udział w obławie za niebezpiecznym podejrzanym, na widok uzbrojonego mężczyzny, który strzelił w ich kierunku, pozwolili mu uciec. Późniejsze intensywne poszukiwania nie przyniosły rezultatu. W obławie wykorzystywano policyjny śmigłowiec Black Hawk, drony z kamerami termowizyjnymi, quady i samochody. Tropów zbiega szukały specjalnie wyszkolone psy do nawęszania molekularnego. W akcję zaangażowano policjantów oddziałów prewencji i wydziałów kryminalnych z całej Polski. Ściągnięto zespoły kontrterrorystyczne, w tym jednostkę "BOA", a także CBPŚ i Straż Graniczną.

Zakończenie poszukiwań i nowe ustalenia

Pod koniec ubiegłego tygodnia informowano, że w lesie, w którym ukrywał się Tadeusz D., znaleziono wojskową kurtkę, latarkę czołową oraz amunicję. Przedmioty te zostały odnalezione przez przypadkową osobę. Niedługo po przekazaniu informacji na temat przedmiotów znalezionych w lesie w Starej Wsi w przestrzeni medialnej zaczęły pojawiać się niepotwierdzone doniesienia o rzekomym liście, napisanym przez podejrzanego. Prok. Justyna Rataj-Mykietyn potwierdziła: "Informacja o liście jest prawdziwa, został znaleziony przy broni. List zawiera ślady, które muszą zostać zbadane. Należy ustalić, czy ten mężczyzna był jego autorem i pozostawił na nim swoje DNA".

Portal poinformował również, że przy ciele Tadeusza D. znajdowała się broń. Z nieoficjalnych ustaleń wynika, że nie była to ta sama, której podejrzany mógł użyć podczas ataku na członków rodziny. Ciało 57-letniego Tadeusza D. zostało odnalezione we wtorek 1 lipca przy drodze powiatowej między Limanową a Kamienicą. Zmarły miał ranę postrzałową głowy. Policja zakłada, że mógł on popełnić samobójstwo. Tadeusz D. był podejrzewany o dokonanie podwójnego zabójstwa, do zdarzenia doszło 27 czerwca w Starej Wsi, a ofiarami byli 26-letnia kobieta oraz 31-letni mężczyzna - córka i zięć podejrzanego.

Bezpieczeństwo w pracy z rozrzutnikiem obornika

Zdjęcie ilustracyjne: Nowoczesny rozrzutnik obornika w akcji na polu

Niestety, poza tragicznymi wydarzeniami w Starej Wsi, w ostatnim czasie miały miejsce również wypadki związane z maszynami rolniczymi, w tym rozrzutnikami obornika. Przypadki te podkreślają wagę bezpieczeństwa i przestrzegania przepisów podczas prac polowych.

Regulacje prawne dotyczące rozrzutników obornika

Z punktu widzenia prawa, rozrzutnik obornika traktowany jest jako pojazd wolnobieżny, o ile spełnia konkretne warunki: nie przekracza prędkości 25 km/h i nie jest przeznaczony do przewozu osób. Nowoczesne polskie rozrzutniki, takie jak te z oferty Cynkomet, są produkowane zgodnie z aktualnymi normami i posiadają homologację drogową. Brak homologacji może skutkować zakazem dalszego przemieszczania się maszyną poza gospodarstwem.

Do prowadzenia ciągnika z podpiętym rozrzutnikiem wystarczy prawo jazdy kategorii T lub B (w przypadku lżejszych zestawów). Jeśli jednak zestaw przekracza 3,5 tony i porusza się z ładunkiem, należy sprawdzić, czy nie podlega pod inne regulacje. Dodatkowo przepisy jasno mówią, że osoba kierująca takim pojazdem musi być trzeźwa, a sam rozrzutnik nie może stanowić zagrożenia dla innych użytkowników drogi. Jeśli rozrzutnik w trakcie transportu zawiera materiał organiczny, jak obornik, niezbędne jest jego odpowiednie zabezpieczenie przed wysypywaniem się na jezdnię. W wielu modelach producenci przewidzieli specjalne fartuchy, plandeki lub systemy blokujące, które ograniczają ryzyko wysypu podczas jazdy.

Tragiczne wypadki z udziałem maszyn rolniczych

Do tragedii doszło w miejscowości Gosprzydowa (woj. małopolskie), gdzie starszy mężczyzna podczas prac polowych został wciągnięty przez rozrzutnik obornika. Mimo szybkiej interwencji służb ratunkowych, jego życia nie udało się uratować. Do zdarzenia doszło późnym wieczorem w piątek, 2 maja, około godziny 22:00. Strażacy, ratownicy pogotowia i policjanci błyskawicznie pojawili się na miejscu. Służbom udało się wyciągnąć z maszyny rolniczej poszkodowanego starszego mężczyznę.

W woj. świętokrzyskim doszło do tragicznego wypadku w gospodarstwie, gdzie 56-letni rolnik manewrował przy wałku przekaźnika mocy. Skończyło się śmiercią poszkodowanego. W Sędziszowie w powiecie jędrzejowskim, 27 września, mężczyzna chciał przetestować nowo zakupiony rozrzutnik obornika. Uruchomił go wówczas po raz pierwszy i niestety ostatni. Wysiadł z ciągnika, zaczął manewrować w okolicy wałka odbioru mocy, niespodziewanie rozrzutnik się uruchomił i wciągnął rękę rolnika w tryby maszyny.

Wcześniejsze tragiczne historie z udziałem maszyn rolniczych obejmują:

  • W 2018 r. doszło do tragicznego wypadku w miejscowości Gać w woj. podkarpackim. Wówczas 52-letni rolnik chciał wyczyścić rozrzutnik i maszyna również chwyciła mężczyznę, który zginął na miejscu.
  • W zeszłym roku w październiku do podobnej tragedii doszło na Podlasiu w miejscowości Roszki-Wodźki niedaleko Łap. Tam 52-latek chciał naprawić maszynę, również manewrował przy tej samej części. Pogotowie znalazło go zakleszczonego pomiędzy wałkiem a podłogą.

W wielu przypadkach tego typu sytuacje kończą się tragicznie, mało kto wychodzi z takiego wypadku cały i zdrowy. Pośpiech nie jest dobrym doradcą przy pracach z tak mocnym sprzętem. Dobrze byłoby, gdyby podczas nich w pobliżu był ktoś bliski, kto może szybko zareagować, chociażby wzywając pogotowie.

tags: #rozrzutnik #obornika #stara #wies