Kolarski Wyścig Pokoju, sztandarowa impreza organizowana przez redakcje komunistycznych gazet "Trybuny Ludu", "Rudeho Prava" i "Neues Deutschland", przez wiele lat był dla kolarzy z krajów demokracji ludowej najważniejszym wydarzeniem sportowym, obok igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Dawał im szansę zmierzenia się z zagranicznymi rywalami i zyskania narodowej sławy. Polska oszalała na punkcie Wyścigu Pokoju, a jego magia była porównywalna jedynie z zainteresowaniem piłkarskimi mistrzostwami świata czy igrzyskami olimpijskimi. Telewizyjne transmisje miały większą oglądalność niż współczesne telenowele, a polskie podwórka były pełne małych Królaków, Szurkowskich, Hanusików, Mytników. Kolarski Wyścig Pokoju był jedną z głównych majowych atrakcji Polaków i nie tylko, ponieważ jego trasa przebiegała także przez NRD, Czechosłowację, a później ZSRR. Brali w nim udział kolarze ze wszystkich tych państw, co tylko dodawało smaczku, zwłaszcza jeśli pędzący na dwóch kołach Polak mierzył się z przeciwnikiem ze Wschodu. Podtekst polityczny, w mediach wtedy przemilczany, był wiadomy. Na stadiony przychodziły tłumy widzów, dobrowolnie płacąc za bilety. I głośno gwiżdżąc, gdy wygrywali kolarze sowieccy - tradycyjnie najbardziej nielubiani zagraniczni zawodnicy. Każde miasto w naszym kraju chciało zorganizować u siebie chociaż jeden etap. Do organizacji wyścigu miasta ustawiały się w kolejce. Do 1958 roku miały go Wrocław, Katowice, Łódź i Warszawa. Rok później dołączył do nich Kraków, potem inne miejscowości.

Początki i ewolucja Wyścigu Pokoju
Wszystko zaczęło się zaraz po wojnie, kiedy mówiono o wyścigach kolarskich, które miały połączyć kilka państw. Idea ta dojrzała w 1948 roku i zorganizowano wyścig z Pragi do Warszawy i jednocześnie z Warszawy do Pragi. Kolarze rywalizowali na dwóch trasach równocześnie. Miał to być dowód przyjaźni Polski i Czechosłowacji, a pierwszym zwycięzcą wyścigu został August Prosenik z Jugosławii. Drużynowo triumfowali Polacy. Choć nazwa Wyścig Pokoju jeszcze nie obowiązywała, ten pierwszy akcent uważa się za jego rzeczywistą premierę. Na pierwszym wyścigu trasa liczyła pięć etapów, by następnie zwiększyć się do ośmiu, dziewięciu i dwunastu.
Społeczne aspekty Wyścigu Pokoju
Magię Wyścigu Pokoju można było porównać chyba tylko z zainteresowaniem piłkarskimi mistrzostwami świata czy igrzyskami olimpijskimi. Podobnie jak one była to impreza wielodniowa i wieloetapowa, a szczęśliwcy mogli niemal "dotknąć" swoich bohaterów, jeśli wielokilometrowa trasa przebiegała w pobliżu ich domu. I to bez względu na to, czy mieszkali na wsiach czy w miastach. Gdy jeszcze nie było telewizji, wielu ludzi słuchało transmisji w radiu, a gdy dany wyścig przecinał ich miejscowość, wybiegali, aby obstawić jak najlepsze punkty widokowe przy szosie. To była jedyna okazja, by zobaczyć pędzący peleton na żywo i w kolorze. I zanim minęła chwila, już było po wszystkim. Pozostało znów słuchanie meldunków. Inaczej przecież nie dało się dowiedzieć, kto wygrał. Dlatego tak ważne było, aby zaufać mediom, lecz i one kilka razy nie udźwignęły tak wielkiego przedsięwzięcia jak transmisja z kolarskiego wyścigu. Kolarski Wyścig Pokoju był też zjawiskiem społecznym. Mnóstwo dzieci chciało być Szurkowskim czy Szozdą, tak jak w tym samym czasie Włodzimierzem Lubańskim czy Kazimierzem Deyną. Najmłodsi kapslami z butelek rozgrywali swój własny Wyścig Pokoju, malując po parkach, na asfaltowych ścieżkach trasy etapów. W każdym kapslu od wewnętrznej strony wklejano starannie namalowaną flagę: Polski, Jugosławii, NRD czy nawet znienawidzonego ZSRR. Wygrywał ten, kto "dopstrykał" kapsel pierwszy do linii mety.

Polska potęga kolarska i jej bohaterowie
W drugiej połowie lat 60. i w pierwszej połowie lat 70. XX wieku, polscy kolarze stali się prawdziwą potęgą w peletonie. Lata siedemdziesiąte miały jednak nowych bohaterów. Polska oszalała na punkcie Ryszarda Szurkowskiego, który wygrywał jak chciał i kiedy chciał. Niemal każdy w kraju znał nazwiska także pozostałych kolarzy z polskiej ekipy, którzy jak tylko mogli, wspierali swojego mistrza. W 1970 roku polscy kolarze dzielili i rządzili na trasie WP. Etap w Poznaniu wygrał wtedy Czechowski, przed Szurkowskim i Hanusikiem. W 1972 roku, kiedy Szurkowski miał defekt roweru, natychmiast swój przekazał mu Stanisław Labocha. Cała drużyna pracowała w ten sposób na lidera, który swoimi umiejętnościami, zaangażowaniem i determinacją był w stanie najwięcej ugrać, a raczej wyjeździć. Ale nie w tym przypadku. Zastępczy rower był za niski i trzeba było czekać na kolejną podmiankę. To oczywiście kosztowało znów trochę czasu - niezbędną walutę w kolarstwie. W innym roku, na innym etapie Mieczysław Nowicki odstępował Szurkowskiemu swój rower, aby ten mógł śmignąć rywalom. Oni zresztą się z nim nie patyczkowali. W 1973 roku mogliśmy oglądać następujące obrazki: tu Szurkowski leżący na asfalcie, brutalnie powalony przez przeciwników, tam Stanisław Szozda zmieniający w pośpiechu koło. Ten ostatni też należał do ścisłej czołówki.
Kontrowersje i odważne wypowiedzi Stanisława Szozdy
Stanisław Szozda był znany z niezwykłej ambicji. Sympatyczny i koleżeński, po starcie wszystkie siły wkładał w walkę i tym męczył rywali. Finiszując powtarzał sobie ponoć w myślach: "Ja umrę, ale za metą. A on umrze za mną". Wiek 28 lat to moment, gdy dopiero zaczyna się wygrywać, a Szozda za wcześnie wycofał się z kariery, był już wypompowany, wyczerpany, sił mu brakowało. Każdy ma swoje granice możliwości - wspominał Franciszek Surmiński, pierwszy trener Szozdy.Słynął z tego, że nie dawał sobie w kaszę dmuchać i mówił wprost, co myśli. 14 maja 1974 roku, na finiszu szóstego etapu 27. kolarskiego Wyścigu Pokoju w Szczecinie, reprezentujący ZSRR kolarz Walerij Lichaczew zablokował Stanisława Szozdę, spychając go na drugie miejsce. Wściekły Szozda wyrzucił z siebie do kamery: "Po pierwsze, to chcę powiedzieć, że walczymy ze sobą jak sportowcy, a nie jak bandyci!". Przerażony sprawozdawca szybko odsunął mikrofon od jego ust, bo jakże to tak nazwać człowieka sowieckiego bandytą, publicznie w telewizji?! Nieważne, że niesportowe zachowanie Rosjanina widziała cała Polska, a kilkanaście tysięcy ludzi na szczecińskim stadionie gwizdało ogłuszająco, wyrażając dezaprobatę. Sprawozdawca najwyraźniej gwizdów nie słyszał, a na bieżni widział "piękną, sportową walkę". Komisja sędziowska wyścigu zdyskwalifikowała Lichaczewa, przesuwając go na ostatnie miejsce w peletonie. W oficjalnie patronującej wyścigowi "Trybunie Ludu" wypowiedź kolarza po "redakcyjnej obróbce" wyglądała tak: "Jeśli chodzi o finisz w Szczecinie, to mogę powiedzieć, że w każdym sporcie zdarzają się przypadki zbyt nerwowej walki, prowadzącej czasem nawet do kolizji z regulaminem". Nie jest do końca pewne, czy Stanisław Szozda zdawał sobie sprawę, że coś takiego powiedział - w tamtym czasie redakcje często "wyręczały" rozmówców, pisząc za nich odpowiedzi na swoje pytania. Innym razem na pytanie Andrzeja Zydorowicza, dlaczego tak wolno pojechał, odpowiedział: "Jechałem wolniej, bo pękam w kroku" - stwierdził z kamienną twarzą. Później okazało się, że w czasie jazdy pękały mu czyraki i stąd gorsza dyspozycja.
Niedokończona historia
Dramatyczne chwile i "cudowne dziecko dwóch pedałów"
Nie brakowało dramatycznych chwil, jak w 1974 roku, gdy karetka zabrała Zygmunta Hanusika i Polacy musieli do końca jechać w pięciu. I ten jeden raz wygrał Szozda, a nie Szurkowski, który zwyciężał już w trzech edycjach. Polska lubiła Wyścig Pokoju i kochała swojego czołowego kolarza. "Ryszard Szurkowski - cudowne dziecko dwóch pedałów" - krzyknął rozentuzjazmowany komentator Stanisław Pawliczak, nieświadomy dwuznaczności swoich słów. Fraza przeszła do historii i po latach zaczęto ją przypisywać Bohdanowi Tomaszewskiemu, zapominając o prawdziwym autorze lapsusa. W 1969 roku kolarze tylko dwie godziny odpoczywali w Piotrkowie po trzecim etapie i już ruszali na czwarty etap do Gliwic (158 km). Kto prowadził, jechał w żółtej koszulce przodownika - nie lidera jak teraz. Prowadząca drużyna zakładała za to niebieskie koszulki. Na niezadrzewionej trasie kolarzom dokuczał upał, kiedy indziej startujący musieli się zmagać z ulewnym deszczem czy przenikliwym zimnem. I do tego ten ból, gdy koszulki przodowników polscy kolarze musieli oddać na przykład zawodnikom z NRD.
Wyścig Pokoju jako tło dla demonstracji politycznych
Wyścig bywał ewidentną przykrywką. W pierwszych dniach maja 1948 roku, akurat gdy kolarze stawali na starcie pierwszego wyścigu, sąd drugiej instancji podtrzymał wyrok na Witolda Pileckiego. Egzekucję wykonano trzy tygodnie później. "Największa na świecie kolarska impreza dla amatorów" miała odwracać uwagę społeczeństwa od codziennych trudności - nie tylko z zaopatrzeniem w podstawowe życiowe produkty. Wcześniej, bo w 1969 roku, wyłączyła się z wyścigu Praha - i cała "normalizowana", po interwencji wojsk Układu Warszawskiego, Czechosłowacja - wbrew silnym naciskom władz PRL i NRD, które chciały pokazać, że nic się nie stało. W rezultacie politycznych targów, kolarze przejechali tylko "symbolicznie" kilkadziesiąt kilometrów przez terytorium Czechosłowacji, trasą silnie strzeżoną przez wojsko i milicję. Spontaniczne demonstracje niechęci do Związku Sowieckiego nie były tym, co towarzysz "Wiesław" lubił najbardziej, jednak porządek z tym zjawiskiem zrobiła dopiero ekipa Edwarda Gierka. W 1975 roku - gdy zespołowo wygrała drużyna ZSRS - publiczność warszawskiego stadionu X-lecia zagłuszyła gwizdami płynący z głośników hymn sowiecki. Sześć lat po wypowiedzi Stanisława Szozdy, 30 lipca 1980 roku, "mową ciała" odezwał się tyczkarz Władysław Kozakiewicz, wykonując dwukrotnie swój słynny gest na stadionie im. Lenina w Moskwie. "Publiczność gwizdała coraz mocniej. Na wszystkich, tylko nie na swoich. Po zaliczeniu przeze mnie kolejnych wysokości, gdy coraz bardziej rosły moje szanse na medal, gwizdy i buczenie były już przeraźliwe, to był niewyobrażalny huk. Więc po zaliczeniu wysokości 5,70 m pokazałem tej publiczności wała numer jeden" - wspominał w rozmowie z portalem polonika.at (2011). "Teraz przyszła pora na 5,75 m. Pomyślałem, że jeżeli nie zaliczę tej wysokości, a uda się to skaczącemu po mnie Rosjaninowi Wołkowowi, to może być po złocie. Stanąłem na rozbiegu i… wszystko poszło dokładnie tak samo, jak poprzednio. Wtedy pokazałem publiczności wała numer dwa" - dodał.
Niedokończona historia
Wpływ na postrzeganie Związku Radzieckiego
Wyścig Pokoju nie dojeżdżał jeszcze do Związku Radzieckiego i niewielu się zastanawiało nad przyczynami tego faktu. Kraj Rad nie chciał pokazywać biedy, jaka panuje na wsiach i w miastach, bo przecież w przekazie dla świata był mlekiem i miodem płynącą krainą. Wyścigowi nie przeszkodziły zbrojne konflikty. W 1968 roku, kiedy wojska radzieckie i polskie wkroczyły do Czechosłowacji, poszczególne etapy przebiegały przez ten kraj, ale trasę organizowano tylko na terenach przygranicznych, żeby nie kusić losu. Czeska publiczność i tak witała kolarzy niechętnie, a co poniektórzy wystawiali w kierunku startujących odsłonięte... tylne części ciała. Stan Wojenny w Polsce także nie przeszkodził w rozegraniu wyścigu. A w 1986 roku był on narzędziem propagandowym. Po katastrofie w Czarnobylu, kolarze jadący ulicami Kijowa mieli udowodnić światu, że właściwie nic się nie stało i nie ma żadnego skażenia. Z udziału wycofały się wtedy wszystkie zachodnie ekipy, a także reprezentacji Rumunii i Jugosławii. Polacy zostali zmuszeni do startu. W razie odmowy zagrożono im powołaniami do wojska.

Anegdoty i legendy Wyścigu Pokoju
Wyścig Pokoju miał też swoje anegdoty i legendy. Przez wiele lat, ku pokrzepieniu serc, opowiadano jak to Stanisław Królak - pierwszy polski tryumfator Wyścigu w 1956 roku - pobił pompką utrudniającego mu jazdę Rosjanina. Legenda była tak popularna, że stała się tematem telewizyjnej audycji "To tylko plotka" - zrealizowanej na początku lat 90. przez Mateusza Dzieduszyckiego i Wojciecha Tomczyka. Wypowiadający się w niej Jerzy Zalewski, reżyser filmowy, autorytatywnie stwierdził, iż kolarze pompek ze sobą nie wozili. Rzecz miała dziać się w tunelu prowadzącym na bieżnię stadionu, w czasie Wyścigu Pokoju w 1956 roku. Czyli niemal na samej mecie etapu. Nikt z widzów tego rzecz jasna nie widział, ale legenda się narodziła. Wiadomo było, że radzieccy kolarze zawsze jeżdżą bez pardonu i daleko im do zachowań fair play. Tym razem nie było inaczej. Rosjanie, znani ze swej agresywnej jazdy rozpychali się w peletonie na pierwszym etapie do Warszawy. Królakowi na starcie nie szło, szybko tracił cenne minuty i jak głosi plotka w zamieszaniu wyjął pompkę i "zlał nią Ruskich", którzy w ciasnym peletonie byli w zasięgu jego ręki. W Polsce, gdzie większość ludzi miała już wtedy "alergię" w stosunku do jakże opiekuńczego Związku Radzieckiego, historia ta zrobiła zawrotną karierę. Ludziom podobał się "czynny sprzeciw Królaka" wobec najeźdźcy. A gdy skromny kolarz odrobił straty, wygrał cały wyścig i został gwiazdą, sława plotki przebiła nawet jego osobę. I nic nie dawały tłumaczenia, że to nie było do końca tak. Ludzie chcieli słuchać innej historii, nawet jeśli nie była prawdziwa. To nie była jedyna anegdota z pompką w tle. W 1962 roku na metę wielkopolskiego etapu wjechał radziecki kolarz z pompką w ręce, a zaraz po nim Polak zalany krwią. Dla ludzi oglądających ten obrazek przekaz tego, co przed chwilą się stało, był jasny. Reprezentanta "bratniego narodu" wybuczano i wygwizdano. "W Poznaniu znów polała się polska krew" - powiedział w swojej radiowej relacji Bohdan Tomaszewski, przez co miał kłopoty i musiał gęsto tłumaczyć się przed kierownictwem stacji. Za pompkę chwycił niemiecki kolarz Manfred Weissleder i rzecz znów miała się w Poznaniu. Na stadion zmierzała grupka siedmiu kolarzy i on - zwycięzca trzech etapów z poprzedniego wyścigu z 1960 roku. Lider łącznej klasyfikacji Jurij Mielichow z ZSRR postanowił pomóc swojemu rodakowi Aleksiejowi Pietrowowi w wygraniu etapu i przytrzymał Niemca za koszulkę. Ten, wściekły chwycił za pompkę i zdzielił natręta. Tak jak przy historii Królaka - Weissleder szybko stał się bohaterem Polaków, a gdy wieści o incydencie dotarły do jego ojczyzny, również tam. Po sukcesie 1956 roku Królak wziął udział w "zawodowych wyścigach", w których stawką była część pieniędzy wpłacanych przez widzów. Po czterech takich imprezach oglądanych przez tysiące ludzi, władze zorientowały się, że są one "nielegalne" - Królak został zdyskwalifikowany przez polityczne władze sportowe na trzy lata. Wyrzucono go też z PZPR. Dlaczego się zapisał?

Problemy z transmisjami i rewolucja helikopterowa
Do relacjonowania wyścigu po raz pierwszy użyto helikoptera, a pierwszą transmisją TVP ze zmagań kolarzy kierował reżyser Jerzy Gruza. Gdzieś w tym wszystkim relacjonującym przebieg zawodów zakiełkowała myśl, że z samych wozów transmisyjnych, przekaz nie będzie ciekawy i trzeba go urozmaicić... widokiem z helikoptera. Pierwszym reporterem, który wsiadł do warczącej maszyny, był Bohdan Tomaszewski. I nie było mu tak łatwo, jak przewidywały założenia jego przełożonych. Wypożyczony od wojska helikopter, prowadzony przez rutynowanego majora Pawła Tatarewicza, nie dał rady zlecieć tak nisko, jakby życzył sobie tego redaktor. Trzeba było przecież omijać liczne przeszkody terenowe - drzewa, zabudowania. Naprawdę trudno było odróżnić z tej wysokości poszczególnych zawodników. I Tomaszewskiemu zdarzyła się pomyłka. Oddając głos Witoldowi Dobrowolskiemu, podał zupełnie inną czołówkę, niż ta, która w rzeczywistości wpadła na stadion, gdzie była linia mety. Z helikopterem było więcej przygód. Raz Tomaszewski bał się nawet o swoje życie, kiedy z kołującej nad peletonem maszyny zaczęło się dymić, a pilot wykonywał nerwowe ruchy. W tym czasie transmisja z powietrza wędrowała na żywo do radioodbiorników w całym kraju, do domów ludzi zupełnie nieświadomych rozgrywającego się dramatu. Ostatecznie śmigłowiec musiał awaryjnie lądować znacznie wcześniej, ale Tomaszewski zachował nerwy na wodzy. Spocony dobiegł do linii mety za peletonem i z lekkim opóźnieniem zrelacjonował słuchaczom koniec wyścigu. Telewizja po raz pierwszy miała pokazać Wyścig Pokoju w 1957 roku, kiedy szykowano się do dziesiątej edycji. I niewielu wie, że było to w tamtym czasie największe przedsięwzięcie jedynego krajowego nadawcy, który nie miał jeszcze siedziby przy Woronicza, a na Placu Powstańców. Aby zrelacjonować zakończenie wyścigu, przygotowano dziewięć kamer telewizyjnych, ustawionych w trzech różnych punktach miasta: na Pałacu Kultury, na dachu Banku Gospodarstwa Krajowego i Stadionie Dziesięciolecia, gdzie kolarze mijali linię mety. Całością realizacji pokierował prawdziwy reżyser - Jerzy Gruza, mający w swojej filmografii między innymi taką pozycję jak "Czterdziestolatek". Zaangażowano aż sześciu komentatorów, ulokowanych na oddalonych od siebie posterunkach, skąd przekazywali sobie głos. Nic to nie dało. Wszystko się posypało 30 kilometrów od Warszawy, kiedy wozu transmisyjnego pędzącego za kolarzami... nie przepuściła milicja. Zamieszanie trochę trwało, w związku z tym sprawozdawcy na kolejnych posterunkach nie otrzymali żadnych informacji o tym, kto jedzie w czołówce. Ustawiona wysoko na tarasie Pałacu Kultury kamer swoim obiektywem uchwyciła jadących z przodu kolarzy, ale nie sposób było, nawet przy zbliżeniu dojrzeć, kto prowadzi. Obraz robił się zamazany. Bezradny komentator mógł tylko wykrzyknąć: "O, jadą, jadą!" - bez podawania żadnych nazwisk. Sytuacja nie poprawiła się na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie operator kamery zamiast na kolarzy, skierował obiektyw na helikopter. W tym czasie realizator transmisji przełączył obraz na widok z Pałacu Kultury i widzowie mogli podziwiać już tylko walkę maruderów. Totalna klapa. W telewizyjnym obrazku zabrakło finiszu i zwycięzców. Co sprytniejsi kibice wyłączyli dźwięk w swoich odbiornikach i zastąpili go relacją z radia, dzięki czemu mogli chociaż usłyszeć, że pierwszy na metę wjechał Bułgar - Nenczo Christow. W następnym roku już było jednak lepiej, gdy większość transmisji realizowano z kamery umieszczonej w helikopterze. Sygnał wyprodukowany w ten sposób przez Polaków zobaczyli widzowie w NRD i Czechosłowacji, a relacja spotkała się z pochwałami.
Upadek Wyścigu Pokoju
Wyścig "dookoła pokoju" - jak go nazywał Walery Wątróbka, bohater popularnych felietonów Wiecha - upadł praktycznie razem z komunizmem. Ostatni raz na tradycyjnej trasie: Warszawa - Berlin - Praga, kolarze ścigali się w 1989 roku. Przez kolejne 15 lat wyścig, rozgrywany na szczątkowych trasach, miał już charakter zdecydowanie peryferyjny. Z czasem Wyścig Pokoju przestał być popularny, a jego sława zaczęła zamierać. Dlatego pewnie niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że istniał on do czasów nowożytnych. Już bez wielkiej pompy rozgrywano go w latach 90. i tak aż do 20 maja 2006 roku. Ostatnia edycja nawet nie przejeżdżała przez Polskę. Startowano w austriackim Linzu, by poprzez jazdę przez Czechy zakończyć zmagania w niemieckim Hanowerze. "Jak byłem małym dzieckiem, to oglądałem Wyścig Pokoju w telewizji i wiem jak bogatą tradycję ma ten wyścig" - mówił zwycięzca ostatniego Wyścigu, Gianpaolo.