Wstęp: Niebezpieczna natura skoków narciarskich
Skoki narciarskie to sport niebezpieczny i ryzykowny, co boleśnie przypominają liczne wypadki na przestrzeni lat. Pomimo lat pracy nad bezpieczeństwem, wciąż dochodzi do dramatycznych wydarzeń, które brutalnie niszczą zdrowie lub, w najgorszych przypadkach, zabierają życie zawodników. Współczesne FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska) próbuje nowymi przepisami rozwiązać problem dużego przeciążenia kolan u skoczków, przez które coraz częściej dochodzi do problemów z więzadłami krzyżowymi.

Tragiczne wypadki śmiertelne na skoczniach
Śmierć Thomasa Lacroix w Premanon (Francja)
Francuski reprezentant w skokach narciarskich, Thomas Lacroix, zmarł w wieku 40 lat w wyniku obrażeń poniesionych podczas poważnego wypadku na skoczni w Premanon. Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło w zeszłą niedzielę na 90-metrowej skoczni Les Tuffes w Premanon. Francuski skoczek, były reprezentant kraju, po oddaniu rekreacyjnego skoku, upadł i stracił przytomność. Sportowiec został przetransportowany do szpitala śmigłowcem, gdzie znajdował się w stanie śpiączki farmakologicznej. Jego stan od początku określano jako krytyczny. Thomas Lacroix był jednym z reprezentantów Francji w latach 2002-2007, a po zakończeniu kariery został lekarzem reprezentacji.
Inne współczesne i historyczne tragedie
Mężczyzna jest pierwszą od 12 lat ofiarą śmiertelną skoczni. Do równie tragicznego zdarzenia doszło podczas treningu w Oberstdorfie w 2008 roku, kiedy to 14-letni Jermo Ribbers z Holandii upadł i uderzył głową o bandę, zmarł tuż po przywiezieniu do szpitala. Miesiąc później do śmiertelnego wypadku doszło także w Polsce - podczas amatorskich skoków w Szczawniku pod Muszyną zmarł 13-letni chłopiec, którego pomimo natychmiastowej reanimacji nie udało się uratować.
Drugim i na szczęście ostatnim śmiertelnym w skutkach wypadkiem na skoczni (w XXI wieku) jest przypadek 55-letniego Pekka Taino, który w 2006 roku na jednej ze skoczni w Lahti wziął udział w pokazowym konkursie. Upadek nie wyglądał poważnie, ale w drodze powrotnej do domu poczuł się źle. Natychmiast pojechał do szpitala, gdzie stwierdzono u niego rozległą zakrzepicę w żyłach mózgu, która okazała się śmiertelna.
Do makabrycznych wypadków dochodziło także w Polsce. W dostępnych źródłach można znaleźć informacje o dwóch Polakach, którzy zginęli na skutek bezpośrednich obrażeń na skoczni. Pierwszym jest nieznany szerzej 12-latek, o którym pisały norweskie gazety. Drugim był zaś Jan Kwak z Kościeliska, który przewrócił się na skoczni, a później, zjeżdżając z zeskoku, uderzył w drzewo. Drugi śmiertelny wypadek wydarzył się na nieistniejącej już skoczni K-35 w Gdańsku, gdzie w 1933 roku zginął Niemiec Ernst Becker-Lee, któremu poświęcony jest tajemniczy kamień z tablicą w lesie, w okolicy ścieżki prowadzącej do dawnej skoczni.
Zbieraniem statystyk zawodników, którzy ponieśli śmierć przez skoki narciarskie, zajmują się autorzy z norweskiej części popularnej Wikipedii. Jeszcze kilka lat temu było tylko 46 potwierdzonych przypadków zawodników, którzy zmarli przez poważne wypadki na skoczniach, ale w tym momencie lista jest już zdecydowanie dłuższa i wynosi ponad 90 nazwisk. Wśród potwierdzonych przypadków śmierci zdecydowanie najwięcej jest Norwegów, skąd wywodzą się skoki narciarskie. Śmiertelne wypadki w Stanach Zjednoczonych również były powiązane z Norwegią; doszło do nich w lutym 1934, a zmarli byli potomkami Norwegów, którzy emigrowali do USA: Chris Hoidalen i Calmar Andreasen. O śmiertelnym wypadku tego drugiego można przeczytać w komentarzu innego skoczka, Sverre Engena, który wspominał: "Skoczyłem tuż przed nim. Wracałem na górę, kiedy zobaczyłem, że przejeżdża przez próg i ląduje go góry nogami na odległości około 40 metrów."
Pierwszym śmiertelnym wypadkiem w USA było jednak zdarzenie z udziałem 12-letniego Raymonta Roulliera, do którego doszło 25 stycznia 1925 roku na skoczni Goff Falls w Manchesterze w stanie New Hampshire. Jednym z lepiej zapowiadających się amerykańskich skoczków miał być Paul Bietiela. W czasie juniorskich skoków ustanawiał wiele rekordów, a w wieku 17 lat został nawet amerykańskim mistrzem juniorów. Mając 19 lat, zajął zaś trzecie miejsce na seniorskich mistrzostwach. Niestety, rok później, w czasie jednego z treningów przed mistrzostwami USA w 1939 roku, 20-letni skoczek lądował na bardzo trudnym zeskoku z licznymi kawałkami lodu. Stracił panowanie nad nartami i z wielkim impetem uderzył w metalowy płot, który znajdował się niedaleko zeskoku. Bietiela długo walczył o życie, ale zmarł na skutek powikłań, jakimi były zapalenie opon mózgowych i zapalenie płuc. W Stanach Zjednoczonych pamięć o Bietili nadal istnieje; w 1953 roku zapoczątkowano tzw. Paul Bietila Memorial Tournament, a w 1970 roku zawodnika wprowadzono do Galerii Sław Narciarstwa.
Na szczęście nic takiego nie miało miejsca w Austrii, gdzie 5 stycznia 1952 roku doszło do zdarzenia, które związało się z historią skoków narciarskich. Dzień przed tradycyjnym konkursem z okazji Święta Trzech Króli, na skoczni Hochkönig w Bischofshofen organizowano trening dla zawodników. Ten okazał się bardzo pechowy dla mistrza Austrii z 1949 roku - 27-letniego ówcześnie Paula Ausserleitnera. Austriak doznał bardzo poważnego upadku, mocno się poturbował i trafił do szpitala, gdzie po czterech dniach zmarł. Ausserleitner był jednak znany z wielkiej pasji do skoków narciarskich i chciał popularyzować skoki w swoim regionie.

Dramatyczne upadki i poważne kontuzje
Najnowsze incydenty i powroty po urazach
Ostatnio skoki narciarskie boleśnie przypomniały o swojej ryzykowności, czego przykładem jest upadek Lukasa Muellera w Bad Mitterndorf. Austriak upadł podczas testów na mamucie, a od razu po wypadku zabrano go helikopterem do szpitala, gdzie stwierdzono ciężkie uszkodzenie kręgosłupa. Od razu przeszedł operację, ale według austriackich mediów jest sparaliżowany od pasa w dół.
Kacper Tomasiak, młody polski skoczek, również doświadczył pechowego upadku w lecie, w trakcie przygotowań do sezonu. Na Wielkiej Krokwi wiatr podwinął mu nartę, w efekcie czego zawodnik stracił równowagę i z całym impetem uderzył o zeskok. Rozciął sobie podbródek i uszkodził kolano. Na szczęście po rezonansie okazało się, że nic poważnego nie uszkodził, jednak duża opuchlizna wymusiła trzytygodniową przerwę od treningów. Pomimo kontuzji, Kacper wrócił do formy i rozwijał się jeszcze szybciej.
W norweskim Vikersund doszło do bardzo groźnie wyglądającego wypadku z udziałem włoskiego skoczka Andrei Campreghera podczas testów obiektu. Włoch, który nie jest już aktywnym skoczkiem, miał problemy już w pierwszej próbie, ledwo ratując się od upadku. W drugiej próbie Campregher zaliczył salto w powietrzu i upadł z pełnym impetem, uderzając w zeskok. Zawodnikiem błyskawicznie zajęły się służby medyczne i trafił do szpitala pod obserwacją.
Wypadki podczas Pucharu Świata: Przykłady z przeszłości
W Obersdorfie, podczas panujących trudnych warunków, groźnie wyglądający upadek zaliczył Czech Tomas Vancura. Zawodnik upadł zaraz po wyjściu z progu.
Narracja, że "kiedyś wszystko było lepsze" nie omija też skoków narciarskich; kiedyś skocznie były większe, skoczkowie twardsi, warunki surowsze, a upadki bardziej spektakularne. Na dowód: upadek Pavla Ploca, który wyglądał naprawdę koszmarnie. Rosjanin zaliczył salto w powietrzu. Zabrano go do szpitala, gdzie przebywał w stanie ciężkim przez kilka dni. Jego operację sfinansował niemiecki skoczek Martin Schmitt, poruszony jego losem.
W 2001 roku Robert Kranjec, późniejszy mistrz świata w lotach i medalista olimpijski, zaliczył bardzo bolesny, groźnie wyglądający upadek podczas konkursu lotów na swojej "domowej" skoczni w Planicy. Kranjec kurował się kilka miesięcy, ale w listopadzie tego samego roku zdobył pierwsze punkty Pucharu Świata.
Wolfgang Loitzl w Zakopanem w 2004 roku zaliczył kuriozalny upadek, zjeżdżając po zeskoku na kombinezonie.
Bardzo źle kończył się rok 2011 dla Toma Hildego. Hilde wywrócił się przy lądowaniu i został przewieziony do szpitala. Pierwsza diagnoza brzmiała bardzo groźnie - "złamany kręgosłup", jednak już w sylwestrowy wieczór Norweg opuścił szpital, a Nowy Rok powitał konferencją prasową, na której wyznał, że "złamany kręgosłup nie boli aż tak bardzo, jak groźnie brzmi". Hilde, prezentując podrapaną twarz i hart ducha, do końca sezonu pauzował, ale powrócił w następnym, by w styczniu 2013 stanąć po raz pierwszy po przerwie na podium konkursu PŚ w Sapporo.
Koszmarnie wyglądał upadek Thomasa Morgensterna w Bad Mitterndorf, choć sam skoczek czuł się nieco lepiej niż wyglądał. Wkrótce po upadku odzyskał przytomność, rozmawiał z ratownikami i bardzo szybko ogłosił, że chce jechać do Soczi! Morgenstern ma jednak więcej takich koszmarów na koncie. Kilka tygodni przed Bad Mitterndorf skoczek przewrócił się w Titisee-Neustadt i złamał palec, a dziesięć lat wcześniej zaliczył pamiętny wypadek w Kuusamo, który wyglądał niemal tak groźnie, jak ten z Bad Mitterndorf.
Janne Ahonen bardzo "ciągnął" odległość, no i "wyciągnął" rekordowe 240 metrów, ale nie ustał lądowania, zachwiał się, upadł na plecy i uderzył głową w śnieg. Ahonen był wtedy pierwszy po pierwszej serii i bił rekord skoczni, ale ostatecznie zawody w Planicy (wieńczące sezon 2004/05) zakończył na 6. miejscu.

Jan Mazoch: Symbol dramatu w Zakopanem
Upadek Jana Mazocha to jedna z najbardziej przykrych historii związanych z zawodami Pucharu Świata w Zakopanem. 20 stycznia 2007 roku czeski skoczek runął na zeskok Wielkiej Krokwi i stracił przytomność, a jego ciało bezwiednie zjechało na dół. Konkursy Pucharu Świata w Zakopanem w 2007 roku zapisały się na kartach Wielkiej Krokwi jako jedne z najbardziej dramatycznych w historii, a koszmarny upadek Jana Mazocha sprawił, że trybuny zamilkły. Włodzimierz Szaranowicz anonsował jego fatalny w skutkach skok, mówiąc: "To jeden z tych zawodników, który musi walczyć o metry, o punkty".
W połowie stawki, na 15. miejscu po pierwszej serii, znajdował się wówczas 21-letni Jan Mazoch, który oddał skok na 121,5 m. W drugiej serii Czech stracił w powietrzu równowagę i spadł z dużej wysokości na zeskok, uderzając głową. Natychmiast ruszyli do niego ratownicy medyczni. Licznie wypełnione trybuny Wielkiej Krokwi zamilkły. Jury zawodów podjęło decyzję o przerwaniu i odwołaniu całej serii finałowej. Mazocha przetransportowano do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, gdzie wprowadzono go w śpiączkę farmakologiczną. Pierwsze doniesienia mówiły o stanie krytycznym, zdiagnozowano u niego obrzęk mózgu.
Stan Mazocha od początku był krytyczny. Po pięciu dniach wybudzono go ze śpiączki farmakologicznej. I choć niebawem zaczął chodzić i mówić, to reperkusje upadku odczuwa do dzisiaj. Jan Mazoch niewiele pamięta z tamtych wydarzeń. "Nie miałem pojęcia gdzie jestem i co się stało. Nawet kiedy przewieziono mnie do Pragi, nie do końca wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Taki stan trwał dwa, może trzy tygodnie. Nie byłem sobą. Gdy po miesiącu opuściłem szpital w stolicy Czech i wróciłem do domu, czułem się we własnym ciele jak obcy. Później zobaczyłem swój upadek w internecie" - wspominał. Z feralnego dnia nie kojarzy nic; wspomnienia urywają się na kolacji w przeddzień zawodów. Kolejne kadry to już moment wybudzenia ze śpiączki farmakologicznej. To tam dowiedział się, że najbardziej niebezpieczne wydarzenie w jego karierze poskutkowało najlepszym miejscem w Pucharze Świata - po jego upadku druga seria została odwołana i za końcowe wyniki uznano te z półmetka zawodów, gdzie Mazoch był 15.
Dziadek Jana Mazocha, Jiri Raska, to najlepszy czechosłowacki skoczek w historii, wybrany najlepszym czeskim narciarzem XX wieku. Mazoch na mistrzostwach świata juniorów w 2003 r. zajął trzecie miejsce (na najwyższym stopniu podium stanął Thomas Morgenstern), co było jego "łabędzim śpiewem" - na podium poważnych zawodów już nigdy nie stanął. Nawracające dywagacje na temat tego, co mógłby osiągnąć, gdyby nie przykry wieczór w Zakopanem, to niejedyna rzecz, która przypomina mu o 20 stycznia 2007 r. Porzucić myśli o tamtym dniu nie pozwalają mu także notoryczne bóle głowy. "Da się z tym żyć" - kwituje dolegliwości fizyczne i dodaje: "Równie dobrze mogłem przecież skończyć na wózku." Napawać go optymizmem może też to, że nie ma psychicznych reperkusji upadku. "W ogóle o tym nie myślę. To się po prostu wydarzyło. Tak miało być. Wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się w naszym życiu bez powodu" - twierdzi.
Wydarzenia z Zakopanego były punktem zwrotnym w jego życiu. Kilka miesięcy później na świat przyszła jego córka, Viktoria, która stała się jego oczkiem w głowie i motywacją. Mazoch zaczął znowu skakać latem 2007 r., ale nic nie było tak samo. "Kiedy na skoczni pogarszały się warunki, skupiałem się tylko na tym, jak silny wieje wiatr. Czułem strach, zwątpienie i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mogę uprawiać tego pięknego sportu. We wrześniu 2008 ogłosiłem zakończenie kariery." Po rozwodzie z pierwszą żoną związał się z inną kobietą, która urodziła mu syna. Obecnie pracuje w agencji ochrony i w wolnych chwilach zajmuje się osobami z niepełnosprawnością, co, jak sam mówi, wynika z potrzeby serca. "Nadal odczuwam skutki upadku: boli mnie głowa, mam gorszą koordynację ruchową, szybciej dopada mnie zmęczenie, ale da się z tym żyć. Regularnie przechodzę badania rezonansem magnetycznym. Jestem pod dobrą opieką lekarzy. Do dziś oglądam skoki narciarskie, ale nie tęsknię za nimi."
Ewolucja bezpieczeństwa w skokach narciarskich
Skoki narciarskie nie są uważane za bardzo niebezpieczną dyscyplinę w porównaniu do tego, co działo się w pierwszej połowie XX wieku. Lata pracy nad bezpieczeństwem sprawiły, że dzisiaj coraz rzadziej dochodzi do tak dramatycznych wypadków. Kiedyś skoki narciarskie były sportem dla "prawdziwych mężczyzn", o czym za każdym razem przypomina cytat ze Stanisława Marusarza: "To sport dla twardych i odważnych ludzi. Dla mnie żadnym wytłumaczeniem nie może być na przykład to, że skoczek miał upadek albo kontuzję."
Od tamtych czasów wiele się jednak zmieniło. Skocznie są przygotowane zdecydowanie lepiej. Każdy zeskok ma wyznaczone bandami granice, a śnieg na większości obiektów przygotowany jest niemal idealnie. W przeszłości zdarzało się, że na zeskoku trzeba było omijać... drzewa czy korzenie, co mocno wpływało na bezpieczeństwo. Uderzenia głową w drzewo były niestety częstą przyczyną śmierci. Skoczków nie chroniły także kaski, bo te wprowadzone zostały dopiero w latach 70. Wcześniej wystarczała zwykła wełniana czapka, która chroniła tylko przed zimnem.
W Stanach Zjednoczonych po tragicznym wypadku, w którym 22-letni skoczek stracił panowanie nad nartami i uderzył głową w zeskok, łamiąc kręgi szyjne, opinia publiczna uznała, że jest to sport dla szaleńców i kraj nie powinien finansować skoków z publicznych pieniędzy, co zatrzymało rozwój skoków za oceanem na wiele lat.

tags: #wywrotka #skoczka #narciarskiego