Simon Ammann: Biografia i Kariera Legendarnego Skoczka Narciarskiego

Simon Ammann, czterokrotny mistrz olimpijski w skokach narciarskich, to postać legendarna, która od ponad dwóch dekad inspiruje fanów na całym świecie. Mając 41 lat, Ammann rywalizuje w Pucharze Świata już od 25 sezonów, co świadczy o jego niezwykłej długowieczności i pasji do sportu.

Początki Kariery i Pierwsze Kroki

W szwajcarskiej szkole podstawowej, gdzie dzieci próbują swoich sił w różnych dyscyplinach sportu, szybko okazało się, że Simon Ammann ma wielkie perspektywy właśnie w skokach narciarskich. Pierwszy skok oddał w wieku dziewięciu lat, co było zarazem pierwszym krokiem do jego wielkiej kariery. Skakać na nartach zaczął dwadzieścia trzy lata temu, zimą 1992 roku. Początki kariery Ammanna były raczej mało oryginalne. W wieku jedenastu lat Simon zauważył ogłoszenie o próbnym treningu w pobliskim Wildhaus. Entuzjazmu, jaki na myśl o skakaniu na nartach od razu udzielił się Simonowi i jego dwóm starszym braciom, Josiasowi i Eliasowi, nie podzielali jednak rodzice, na co dzień prowadzący małe gospodarstwo rolne. Dopiero po zebraniu, jakie odbyło się w klubie narciarskim, Heiri i Margrit Ammann zgodzili się, by cała trójka wzięła udział w treningu.

Ammann bez kompleksów "przeskakiwał" nawet tych starszych i bardziej doświadczonych adeptów skoków. Choć bardzo drobny i "wątły", przewagę (choć tylko do czasu) dawała mu świetna technika i odważne wyjście z progu. Decyzja zapadła szybko - zafascynowane skokami trio Ammannów dołącza do klubu i będzie regularnie trenować. Chociaż młodziutki skoczek dysponował nienaganną techniką i ofensywnym odbiciem, jego rozwój nie przebiegał tak szybko, jak u innych zawodników w jego wieku. Szwajcar był wprawdzie w stanie wygrywać pojedyncze zawody, ale o serii zwycięstw nie było mowy. Był zbyt mały i zbyt chudy. Mimo to, do tego stopnia wzbudzał zainteresowanie i przykuwał uwagę trenerów, że w 1995 roku został włączony do kadry juniorów. Było to wielkie zaskoczenie dla samego zainteresowanego, ponieważ skoki uprawiał dla przyjemności, a o karierze sportowca nie myślał poważnie. Szkoleniowcy, na przekór, starali się wspierać niepozornego skoczka, niekiedy startując go nawet z wyższej belki, pozwalając mu cieszyć się z dłuższego lotu i bardziej uwierzyć w siebie. A wiara była potrzebna, bo żeby nadążyć za rówieśnikami, musiał dawać z siebie znacznie więcej. Robert Rathmayr, szkoleniowiec, który trenował przyszłego mistrza za czasów jego wczesnej młodości, powiedział: "Ammann wcale nie był nadzwyczajnym talentem i wiele musiał sobie wypracować. To chroniło go jednak przed oczekiwaniami, którym wówczas nie musiał próbować sprostać."

Debiut w Pucharze Świata i Pierwsze Igrzyska Olimpijskie

Debiut w zawodach Pucharu Świata nastąpił u Simona w młodym wieku, bo miał wówczas zaledwie 16 lat. Był to debiut udany, ponieważ już w pierwszych zawodach zdobył punkty do klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W tym samym sezonie (1997/98) pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie w Nagano, głównie po to, by zbierać doświadczenie na największej scenie. Kwalifikację do startu w igrzyskach olimpijskich w Nagano Ammann zdołał uzyskać już w pierwszych zawodach Pucharu Świata, w jakich dane mu było wystartować. Na szesnastoletniego Szwajcara czekała wielka przygoda. Azja bardzo zainteresowała Ammanna - kuchnia, język, pismo, a przede wszystkim nieznany mu dotąd świat komputerów. Mnogość rozrywek i uciech, w jakie obfituje wioska olimpijska, na przemian przytłaczała i ekscytowała skoczka. Młodzieniec miał ponoć wykorzystywać akredytację do darmowych wizyt w McDonaldzie i być stałym bywalcem w salonie gier komputerowych. Mierne występy w zawodach, bo w końcu po to Ammann poleciał do Japonii, szybko sprowadziły go na ziemię. 35. i 39. lokata to wszystko, na co było go stać w Nagano. Z perspektywy czasu skoczek podkreślał jednak, jak cenny był ten nieudany start w Japonii: "Nie ma wątpliwości, że doświadczenie, jakie zdobyłem w Japonii, wyszło mi na dobre. Wiedziałem, co mnie czeka na igrzyskach i w jaki sposób mogę się na to odpowiednio przygotować." Nauka nie poszła w las, i jak się okazało, przydała się już cztery lata później, w Salt Lake City.

Przełom i Złote Medale w Salt Lake City (2002)

Rozkwit kariery Simona Ammanna nastąpił cztery lata później, w sezonie 2001/2002. Wówczas po raz pierwszy zakończył zawody PŚ w pierwszej dziesiątce, a niedługo później po raz pierwszy stanął także na podium. Początek sezonu olimpijskiego 2001/2002 był potwierdzeniem, że ciężka praca całego sztabu nie poszła na marne. Szwajcar rósł z konkursu na konkurs, ale przed igrzyskami zdarzył się feralny trening w Willingen. Wciąż młodziutki Simon Ammann podczas jednej z prób treningowych źle wyszedł z progu, a to od razu przełożyło się na duże problemy w locie. Skoczek huknął twarzą o bulę i w konsekwencji trafił do szpitala, gdzie stwierdzono u niego liczne stłuczenia i lekkie wstrząśnienie mózgu. Z powodu rekonwalescencji Ammann zmuszony był zrezygnować na jakiś czas z treningów i skakania. Ominęła go także gorączka przygotowań do igrzysk w Salt Lake City, które zbliżały się wielkimi krokami.

Simon Ammann - 214 m Planica 2005 - Fall/Sturz/Crash/Upadek

Ammann nieobecny był aż do igrzysk olimpijskich w Salt Lake City. Ale gdy już się tam pojawił, dokonał wielkiej sztuki. Szwajcar nieoczekiwanie sięgnął po dwa złote medale w konkursach indywidualnych (na normalnej i dużej skoczni). Został dopiero drugim skoczkiem, który tego dokonał (pierwszym był Matti Nykaenen). Sławę i czarodziejski przydomek "Harry Potter" zdobył w 2002 roku w Salt Lake City, gdy dwukrotnie pokonał wielkich faworytów - Adama Małysza i Svena Hannawalda. Popularność Ammanna wystrzeliła nie tylko w Szwajcarii, ale i na całym świecie. Kibice okrzyknęli go Harrym Potterem skoków narciarskich. Simon sam przyznaje, że był to niespodziewany sukces: "W zawodach Pucharu Świata startowałem od 1999 roku i do igrzysk w Salt Lake City miałem problemy, żeby znaleźć się wśród najlepszych. Zastanawiałem się, co takiego niezwykłego robią inni, że skaczą tak daleko. I wreszcie w 2001 roku po raz pierwszy stanąłem na podium w Engelbergu, później byłem trzeci i drugi w Predazzo i trzeci w Oberstdorfie. W klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni zająłem szóste miejsce. A potem na treningu w Willingen miałem ten poważny upadek. Na igrzyska wróciłem, ale trudno było się spodziewać moich zwycięstw. To była wielka niespodzianka."

Ammann wspomina również o tym, że jego przewagą było to, że nie był głównym faworytem: "Jeśli jednak przyjrzymy się tym konkursom, mogły się one potoczyć zupełnie inaczej. Mógł zwyciężyć Adam lub Sven. Ja dopiero później zdałem sobie sprawę z tego, co stało się w pierwszej serii zawodów na normalnej skoczni. Adam skoczył najdalej - 98,5 metra, ale miał problemy z telemarkiem, co było w jego przypadku rzadkością. Bardzo trudno jest powiedzieć, dlaczego. Tak czy inaczej, gdyby Adam wylądował poprawnie, byłby na prowadzeniu i dalej konkurs poszedłby inną ścieżką. Ale że dostał niższe noty, pierwszy byłem ja. Tak naprawdę nie wiedziałem, co to znaczy prowadzić. Utrzymałem jednak wysoki poziom koncentracji, bardzo dobrze rozumiałem, jakie mam zadanie. Byłem niesamowicie skoncentrowany na utrzymaniu pozycji dojazdowej, na tym, by jechać nisko i dzięki temu mieć odpowiednią moc przy wyjściu z progu."

"Harry Potter" i Jego Magia w Skokach

Simon Ammann przyznaje, że przydomek "Harry Potter" miło wspomina: "Od 2002 roku, kiedy go wymyślono, minęło już trochę czasu i nie jestem tak nazywany zbyt często. Ale miło go wspominam, to ciekawe, że ktoś porównał mnie wtedy do tej postaci. Dzięki temu usłyszeli o mnie również ci ludzie, którzy nie interesowali się skokami." Zapytany o magię w skokach narciarskich, odpowiada: "W rzeczywistości jej nie ma, ale dla skoczka - jest. Czujesz magię, kiedy twój skok staje się lotem. Nie da się powiedzieć dlaczego. Nie da się tego zmierzyć, zbadać. Badania pokażą, że to wszystko fizyka, ale ona nie zawiera w sobie odczuć zawodnika. Możesz patrzeć tylko na wyniki, cyfry, a one nie ujmują istoty tego sportu."

Portret Simona Ammanna z uśmiechem

Okres Stagnacji i Wpływ Trenera Schoedlera

Chude były pierwsze igrzyska Ammanna, ale i chude były lata, jakie przyszły zaraz po nich. Pełen zwątpienia Szwajcar był ponoć nawet bliski rezygnacji z uprawiania skoków, a jakby tego było mało zerwał więzadło krzyżowe, co w efekcie na kilka miesięcy wykluczyło go z treningów. Z kiedyś wielką pasją do skoków zaczęły też konkurować inne formy spędzania wolnego czasu, jakie interesują przeciętnych nastolatków. Jedno jest pewne - Ammann miał szczęście, że urodził się w Szwajcarii - gdzie indziej nie mógłby pozwolić sobie na tak długie momenty słabości. "W Austrii nie byłoby Simona Ammanna. Tam jest tyle talentów, że szybko nie ma się nic do powiedzenia, jeśli brakuje odpowiednich osiągnięć" - tłumaczył Rathmayer.

Światło w tunelu zaświecił Bernie Schoedler, który w 2000 roku objął stanowisko trenera reprezentacji Szwajcarii. Dopiero po kilku latach okazało się, że przełom tysiąclecia okazał się być także przełomem w szwajcarskich skokach. Schoedlerowi udało się w niepewnym siebie teamie zaszczepić optymizm i pozytywne myślenie. Ale myślenie to jedno, a treningi, skoki, osiągnięcia - drugie. Ammann skakał niestabilnie i błąkał się pomiędzy Pucharem Świata a Pucharem Kontynentalnym. Nie służyło mu także podwójne obciążenie, jakie niosą ze sobą obowiązki ucznia i sportowca. Zaufanie, długie rozmowy, analizy, pomysły, strategie - to wszystko było potrzebne w szwajcarskich skokach, żeby wyjść na prostą. O to wszystko postarał się Schoedler. I w końcu "przyszły" wyniki. Bernie Schoedler objął stanowisko trenera Szwajcarii wiosną 2000 roku.

Kryształowa Kula i Powtórka Sukcesu w Vancouver (2010)

Po drodze zdobył trzy medale mistrzostw świata (złoto i srebro w Sapporo, brąz w Libercu), natomiast kulminacyjnym sezonem w jego karierze okazał się kolejny rok olimpijski (2009/10). Właśnie wtedy po raz pierwszy (i jedyny) w karierze sięgnął po Kryształową Kulę. Podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver kibice znów przecierali oczy ze zdumienia. Szwajcar w obu konkursach pokonał Adama Małysza i w obu zrobił to z dużą przewagą (siedem punktów na skoczni normalnej, 14,2 punktu na dużej). Podwójnie złoty był też osiem lat później w Vancouver. Ammann podkreślał, że przez cały sezon skakał bardzo dobrze, co dodawało mu pewności siebie. "Dla mnie bardzo ważny był sezon 2008/09, w którym stoczyłem zażartą walkę z Gregorem Schlierenzauerem o triumf w Pucharze Świata. Ostatecznie byłem o mały krok za nim, ale czułem, że najpierw latem, a potem już w trakcie sezonu zimowego, mogę to nadrobić. Miałem bardzo dobry początek sezonu olimpijskiego, tuż przed igrzyskami wygrałem w Klingenthal, gdzie mocny był również Adam. Wydaje mi się, że dla nas obu to były ważne zawody, bo pozwoliły nam zachować spokój już w Vancouver. W Kanadzie wielu zawodników skakało bardzo daleko i nie było wiadomo, kto utrzyma głowę nad wodą. Walka psychologiczna przed pierwszym konkursem kosztowała nas mnóstwo sił. Pełna koncentracja, dochodzenie do pełnej mocy, uspokajanie emocji. To było niezwykle wymagające."

Kontrowersyjne Wiązania i "Wojna Technologiczna"

Wokół tych sukcesów nie zabrakło jednak kontrowersji. Ammann przed Vancouver był w świetnej formie, ale wyciągnął też asa z rękawa, w postaci rewolucyjnych wiązań. Na czym polegała zmiana? Metalowy bolec, który łączył piętę buta z nartą, był u niego wygięty, a u rywali płaski. Głośno sprzeciwiali się temu Austriacy, którzy złożyli protest do FIS, ale organizacja nie dopatrzyła się żadnych nieprawidłowości. To był jeden z pierwszych etapów wojny technologicznej w skokach narciarskich, która na przestrzeni lat rozkręciła się na dobre. Simon Ammann stwierdził: "Przełomowe wiązania, które wtedy zastosowaliśmy, dawały dodatkową pewność siebie. A w takich zawodach wszystko rozbija się właśnie o pewność siebie. Fajnie było ją potem obserwować u Kamila w 2014 roku. Podwójnych zwycięzców igrzysk nie było w skokach aż tak wielu, a takie osiągnięcie pomaga w kolejnych sukcesach. Łatwiej jest znaleźć spokój, nie trzeba już niczego udowadniać."

Relacje z Adamem Małyszem i Akt Fair Play

Z Adamem Małyszem Simona Ammanna łączą dobre relacje. "Myślę, że bardzo ważne dla tej relacji było to, co stało się w sezonie 2006/2007, w którym mocno ze sobą rywalizowaliśmy. Zawsze była to jednak przyjacielska rywalizacja. Adam na mistrzostwach świata w Sapporo był wtedy wielkim faworytem konkursu na dużej skoczni, ale ja miałem więcej szczęścia i wygrałem o 0,1 punktu przed Harrim Ollim. Małysza z kolei nie było na podium. Na normalnej już dominował. Najpierw był Adam, potem duża przerwa, i dopiero potem my. Bardzo mile wspominam ten moment, kiedy razem z Thomasem Morgensternem wzięliśmy Adama na ramiona i nosiliśmy po zeskoku. Szansa na to, żeby ponieść takiego mistrza, może się zdarzyć tylko raz w życiu i nie wolno pozwolić jej się wymknąć. Byłem wtedy bardzo dumny, że mogę to zrobić. Ja miałem srebro, więc też byłem szczęśliwy." Pomysł na uhonorowanie Małysza był pomysłem Ammanna: "Ja wpadłem na ten pomysł. Przez całe mistrzostwa to on był najmocniejszy, to on był mistrzem, a na normalnej skoczni pokazał nam, kto jest królem. I tak jak powiedziałem, nie mogłem przegapić okazji, być może jedynej, żeby podnieść do góry kogoś takiego i umieścić go w świetle reflelektorów. Powiedziałem Thomasowi, że teraz musimy to zrobić, bo to przecież mistrz." Zostali nagrodzeni za ten gest fair play przez Polski Komitet Olimpijski.

Simon Ammann i Adam Małysz w uścisku

Simon Ammann: Legenda i Przyszłość

36-letni obecnie Ammann to jedna z największych legend skoków narciarskich. Jako jedyny wywalczył cztery złote medale igrzysk olimpijskich w konkursach indywidualnych. W swojej karierze wygrywał także klasyfikację generalną Pucharu Świata, mistrzostwa świata i mistrzostwa świata w lotach. Jedyne, czego brakuje w kolekcji dobrego kolegi Małysza, to triumf w Turnieju Czterech Skoczni. Szwajcarzy wybrali Simona Ammanna "największym olimpijskim bohaterem wszech czasów", pokonując w plebiscycie samego Rogera Federera.

Dziś dla 41-letniego Ammanna skoki narciarskie są już tylko dodatkiem. W ostatnich latach pojawiło się mnóstwo spekulacji o końcu jego kariery. Szwajcar postawił na studia i rozwój w innych obszarach, ale ze skoków ostatecznie nie zrezygnował. Simon Ammann nie zaliczył sezonu 2017/18 do szczególnie udanych. Szwajcar przyznał, że być może rok olimpijski był dla niego ostatnim wśród elity skoczków narciarskich. Miejsca poza pierwszą dziesiątką igrzysk olimpijskich i 19. lokata na koniec Pucharu Świata to z pewnością nie jest coś, co satysfakcjonuje Simona Ammanna. W rozmowie z Telewizją Polską zawodnik przyznał otwarcie, że bierze pod uwagę zakończenie kariery. "Nie wiem, czy jest szansa na kontynuację na wysokim poziomie, a tego sobie życzę. Inaczej zresztą nie wyobrażam sobie dalszego skakania. W moim wieku wszystko musi być poparte odpowiednim planem." Ammann tylko dwa razy w sezonie 2017/18 kończył konkurs Pucharu Świata w pierwszej dziesiątce - był trzeci w Bad Mitterndorf i piąty w Zakopanem. Simon w czerwcu skończy 37 lat i nie wie, czy w rywalizacji z najlepszymi jest w stanie wykrzesać z siebie więcej. "Przed podjęciem decyzji wszystko muszę dokładnie przeanalizować - czy jestem gotowy jeszcze w skoki inwestować, czy wystarczy mi motywacji" - nie krył. Dodał jednocześnie, że decyzję podejmie najprawdopodobniej jesienią.

Simon Ammann wkrótce wystartuje w 27. sezonie zimowego Pucharu Świata w karierze. Ostatnim razem zajął 47. miejsce w klasyfikacji generalnej z dorobkiem 38 punktów. Simon Ammann jest niewątpliwie legendą skoków narciarskich. W swojej karierze zdobył praktycznie wszystko - mistrzostwo olimpijskie, Kryształową Kulę, został też mistrzem świata na dużej skoczni oraz w lotach. Do pełni szczęścia brakuje mu jedynie triumfu w Turnieju Czterech Skoczni. Od kilku sezonów szwajcarski zawodnik jest jednak cieniem "Simiego" z najlepszych czasów. Zazwyczaj walczy o awans do najlepszej "trzydziestki" zawodów. Mimo wszystko 42-latek nie składa broni i chce kontynuować fantastyczną przygodę. Doświadczony skoczek znalazł się w kadrze reprezentacji Szwajcarii na nadchodzący weekend Pucharu Świata w Ruce.

Plany na Przyszłość

Simon Ammann podjął już pewne kroki, żeby przejść do świata biznesu. "Zawsze chciałem być pilotem i próbowałem to marzenie zrealizować, ale zdaję sobie sprawę, że profesjonalnym pilotem nie będę. Latanie samolotami zawsze pozostanie jednak moim hobby. Współpracuję z Martinem Schmittem. Mamy agencję, która pomaga sportowcom w rozwoju ich karier. Zajmujemy się też consultingiem dla firm, które chcą wejść do sportów zimowych. Na razie działamy na niewielką skalę. Myślę jednak, że w jakiś sposób pozostanę przy skokach narciarskich. W szwajcarskiej telewizji przydałby się ktoś taki jak Goldberger czy Schmitt. Nie wiem jeszcze, w którą stronę pójdę, bo skoki narciarskie w moim kraju potrzebują każdego rodzaju wsparcia. Chcielibyśmy zbudować mocny zespół, tak jak udało się to w Polsce. Oczywiście, przed nami bardzo długa droga, ale na pewno spróbuję w tym pomóc. No a poza tym mam też razem z bratem firmę działającą w branży budowlanej. Jak widać, pracy będę miał sporo. Na razie próbuję jednak dojść do wysokiej formy, żeby żegnać się ze skokami w takim stylu, w jakim zrobił to Adam, albo prezentować się jak Noriaki Kasai."

tags: #simon #ammann #sportowefakty