Większość z nas zachwala, słusznie czy nie, stare Ursusy, podkreślając ich piękno i potencjał produkcyjny. Często można usłyszeć głosy, jakie to wspaniałe ciągniki mogliśmy produkować, ale się nie udało. Temu towarzyszy szereg opinii na temat przyczyn niepowodzeń i winnych tej sytuacji. W Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu znajduje się jednak ciągnik, który stanowi przykład polskiej innowacyjności - "Polak potrafi". W tym przypadku konstruktorzy byli bardzo zdesperowani, co przełożyło się na powstanie niezwykłej maszyny.
Rola ciągników gąsienicowych w polskim rolnictwie i wojsku
Zanim jednak przejdziemy do konkretnego ciągnika, warto zastanowić się, dlaczego w latach 50. ubiegłego wieku polskie rolnictwo potrzebowało ciągników gąsienicowych, skoro reszta świata korzystała głównie z maszyn kołowych? Choć ciągniki gąsienicowe pojawiły się jeszcze przed II wojną światową, to ich rozwój zawdzięczamy właśnie temu konfliktowi. Nie służyły one do działań ofensywnych, ale były niezastąpione w transporcie armat i innego ciężkiego sprzętu po błotnistych drogach i stepach.

Po wojnie ciągniki te nadal były potrzebne. W myśl starego przysłowia: "Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny", priorytet w powojennej produkcji miało wszystko to, co mogło być w razie czego wykorzystane przez wojsko, w tym także ciągniki rolnicze.
Historia polskiego ciągnika gąsienicowego Mazur D-50
Początki i adaptacja licencji
Historia polskiego ciągnika gąsienicowego Mazur D-50 rozpoczęła się pod koniec wojny, kiedy to w Lipiecku (ZSRR) uruchomiono produkcję małego ciągnika gąsienicowego KD-35 z amerykańskich części, w tym silnika Caterpillar. Jak to było w ówczesnym zwyczaju, licencję na amerykański projekt montowany przez radzieckich robotników wciśnięto do Polski siłą i jeszcze kazano za to zapłacić. I tak na początku lat 50., aby nie było zgrzytów w narodzie, a sam ciągnik dobrze wyglądał na zdjęciach w Trybunie Ludu (prasowym organie partii), pogmatwano w nim trochę i nadano mu rdzennie polską nazwę Mazur D-40.
Udoskonalenia i silnik S323C
Przede wszystkim wymieniono za słaby radziecki silnik diesla. W zamian włożono silniejszą, a co najważniejsze, rdzennie polską jednostkę napędową produkowaną przez Wytwórnię Silników Wysokoprężnych Andrychów - silnik S323C. Miał on trzy cylindry i pojemność 5,43 litra. Poważnym ułatwieniem była nowoczesna 24-voltowa instalacja rozruchowa oparta na czeskim rozruszniku Pal o mocy 6 KM. Napęd gąsienicowy Mazura pozwalał mu rozpędzić się do 11 km/h.

Przedni lemiesz podnoszony był na linie, a bęben liny podnoszącej lemiesz znajdował się z tyłu ciągnika.
Wersje modelowe i produkcja
Nowy polski ciągnik gąsienicowy Mazur D-50 był produkowany w czterech wersjach modelowych: rolniczej, leśnej, budowlanej oraz dla potrzeb melioracyjnych. Ciekawą konstrukcją opartą na Mazurze była też ładowarka zasięrzutna ŁM-50, czyli taka ładowarka z podbieraniem z przodu, a wyrzucaniem ładunku do tyłu.

Gąsienicowy Mazur D-50 produkowany był w Gorzowie przez całe lata 60. Polscy inżynierowie już w 1967 roku przedstawili całkiem udany, również gąsienicowy prototyp następcy Mazura, czyli model G-75R. Jego produkcja jednak nie doszła do skutku, a przyczyną tego było dosłowne zalanie polskiego rynku znacznie gorszym radzieckim DT-75, który miał podobnej mocy silnik, ale był ideologicznie bardziej słuszny.
Ciągniki rolnicze w Ludowym Wojsku Polskim
Dziś polska armia jest zawodowa, w miarę dobrze wyposażona i specjalizująca się w konkretnych zadaniach. W czasach PRL i Układu Warszawskiego Ludowe Wojsko Polskie miało o wiele więcej różnorodnych zadań, a specjalistycznego sprzętu często brakowało. Pewne luki próbowano łatać ciągnikami rolniczymi.
Ursus C-328 - 1966
Wojskowy Ursus C-328 ze zdjęć pokazano na targach Agro Show, a do służby w LWP pojechał wiosną 1967 r. Dziś jest częścią kolekcji Muzeum Motoryzacji „Motonostalgia” w Nieborowie, gdzie trafił od osoby prywatnej. Jego numery namalowane na masce są prawdziwe. Agencja Mienia Wojskowego co jakiś czas prezentuje ogłoszenia z ciągnikami rolniczymi w roli głównej.
Zadania ciągników rolniczych w wojsku
Ciągniki przydawały się do ciągnięcia przyczep z zaopatrzeniem (amunicja, paliwo, żywność), mogły także pomóc przy okazji lekkich dział polowych. Bardzo często wykorzystywano je przy kopaniu rowów, usuwaniu przeszkód, transporcie materiałów budowlanych na poligonach czy w jednostkach. W jednostkach inżynieryjnych wspierały np. budowę umocnień. Do tego warto wspomnieć o zwykłym wsparciu logistycznym w garnizonach. W koszarach i na zapleczu garnizonowym ciągniki służyły do prac gospodarczych, takich jak transport drewna, obsługa kotłowni czy nawet holowanie uszkodzonych pojazdów.

Niektóre źródła wspominają także, że traktory podczas manewrów Układu Warszawskiego (np. "Tarcza" czy "Siedem Dni") symulowały transport w warunkach deficytu specjalistycznego sprzętu. W razie mobilizacji traktory mogły być szybko zarekwirowane z PGR-ów i gospodarstw.
Ursus C-328 w służbie wojskowej
Jeśli chodzi o ciągnik C-328, to miał on podobne zadania do powyższych. Potwierdził to jeden z komentujących post Muzeum Motoryzacji w Nieborowie: „głównie ciągnik ten służył do transportu w zestawie z 2 przyczepami wywrotkami z ręcznym sterowaniem. Był niezwykle przydatny w pracach porządkowych w okresie całego roku, w zimie przy odśnieżaniu na terenie jednostki, łącznie z parkiem artyleryjskim. Oczywiście były wożone zlewki do świniarni w gospodarstwie pomocniczym oraz był też wykorzystywany do podstawowych prac polowych."
Współczesne zastosowanie ciągników w Wojsku Polskim
Czasy się zmieniły, ale traktory nadal są używane przez Wojsko Polskie. W 2015 r. informowano w mediach o zakupie 15 nieposiadających cech bojowych ciągników, które zakupiły Państwowe Jednostki Wojskowe. Były to pojazdy marki John Deere, modele 6140R. Z ciekawostek warto wspomnieć, że Huta Stalowa Wola oferuje dla potrzeb armii, oprócz bardziej specjalistycznych sprzętów militarnych, pewną uniwersalną maszynę inżynieryjną, którą jest po prostu koparko-ładowarka, model UMI 9.50.

Nie tylko w czasach zimnej wojny wojsko mogło przejąć ciągnik rolniczy. Takie prawo istnieje do dziś i w przypadku mobilizacji rolnicy (na rozkaz) muszą oddać swój sprzęt. Jakie dokładnie maszyny może potrzebować armia, to już zależy od przeznaczenia i charakteru realizowanych zadań przez dane jednostki wojskowe.
Jak informuje MON, w czasie pokoju ustawa dopuszcza wyjątkowo możliwość wezwania posiadacza do przekazania świadczenia na rzecz Sił Zbrojnych RP, ale tylko w następujących przypadkach:
- dla sprawdzenia gotowości mobilizacyjnej - czas wykonywania świadczeń wynosi do 48 godzin, najwyżej trzy razy w roku;
- w związku z ćwiczeniami wojskowymi lub ćwiczeniami w jednostkach przewidzianych do militaryzacji - do 7 dni, tylko raz w roku;
- w celu zwalczania klęsk żywiołowych i likwidacji ich skutków - nie stosuje się ograniczeń czasu i częstotliwości używania przedmiotów świadczeń.
Pomoc UNRRA i zagraniczne ciągniki w powojennej Polsce
Dostawy sprzętu rolniczego
W ramach pomocy gospodarczej UNRRA w latach 40. sprowadzono do Polski sporo ciągników marek Ford-Ferguson, Fordson, John Deere czy International Harvester / Farmall. Ale na polskich polach najwięcej pracowało traktorów marki JI Case.
UNRRA, czyli założona w listopadzie 1943 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy, miała pomagać krajom dotkniętym wojną. Pomoc docierała jeszcze przed zakończeniem konfliktu, a Polska ze względu na największe straty otrzymała najwięcej najpotrzebniejszych produktów. A co oprócz ciągników składało się na pomoc? W zasadzie wszystko: lekarstwa, produkty spożywcze, nasiona, nawozy, samochody ciężarowe, autobusy, maszyny rolnicze, ubrania, lokomotywy, rzeczy dla niemowląt i dzieci. Wiele osób jeszcze kilkadziesiąt lat po skosztowaniu kawy czy czekolady z transportów UNRRA wspominała ten wspaniały smak.

Pomoc UNRRA zakończyła się w Polsce i krajach bloku wschodniego w 1947 r. Wśród maszyn rolniczych przywiezionych w ramach pomocy znalazło się sporo traktorów. Najbardziej popularną marką był JI Case, modele DC (37 KM), SC (ok. 23 KM), VAC.
Problemy z eksploatacją i historia JI Case
Z powodu braku części zamiennych liczba sprawnych traktorów tej marki dość szybko malała. Pracującego jeszcze całkiem sprawnie Case’a, najprawdopodobniej serii SC, udało się uwiecznić w 1951 r. w nieznanym PGR-rze fotografowi Wojskowej Agencji Fotograficznej.

Problemy techniczne państwowe gospodarstwa miały także z innymi traktorami znanych zachodnich marek. Części dopóki były (także przychodziły z pomocą UNRRA), to było dobrze. Firmę produkującą narzędzia rolnicze w 1842 r. założył Jerome Grow Case jako JI Case Threshing Machine Company. Pod koniec XIX w. firma JI Case była trzecią siłą w amerykańskim rankingu producentów ciągników rolniczych.
Rozwój i innowacje JI Case
Dla firmy JI Case punktem zwrotnym w osiągnięciu najlepszych wyników było zatrudnienie w latach 20. XX w. Leona Clausena, który wcześniej pracował m.in. w John Deere. Nowy dyrektor miał nieszablonowe podejście, np. w 1938 r. zasugerował przejście z szarej farby na rzecz żywej czerwieni Flambeau Red, co pozwoliło na znaczne podniesienie sprzedaży. Właśnie wyżej wymienione marki pod koniec lat 30. plasowały się najwyższej w sprzedaży niewielkich ciągników jednopługowych (Allis-Chalmers B i Farmall A/B).

JI Case wszedł w ten segment w 1939 r. Model S, którego produkcję rozpoczęto w 1940 r., miał nawiązać rywalizację z Farmallem H. Wersja SC (z naszych zdjęć) była „eską” do upraw rzędowych. W 1949 r. firma wprowadziła własny zaczep do kontroli uciągu (Case Eagle Hitch) i zwiększyła udział w rynku do 7 proc. (z 4,4 proc.). Do napędu ciągnika służył 2,5-litrowy 4-cylindrowy silnik napędzany naftą lub benzyną o mocy ok. 23 KM. Jeżeli chodzi o przekładnię, to do dyspozycji były 4 niezsynchronizowane biegi.
Z fabryki wyjeżdżało sześć różnych wersji: S - standardowa, SC- uprawa rzędowa, w tym wersja trójkołowa SC3, specjalistyczna SC4, przemysłowa SI i sadownicza SO. Serię S, w tym wersję rzędową SC, produkowano w Racine w stanie Wisconsin do 1954 r., wykonując 58 991 sztuk tych pojazdów. Cena w 1953 r. wynosiła 1,7 tys. dolarów.